fbpx

Wiara

Torebka na ramieniu

10 miesięcy temu

11 lutego to światowy dzień chorego. Czasem jesteśmy dla kogoś jedynym dotykiem Boga, jakiego doświadczyli… Pan Bóg, kiedy pragnie kogoś pocieszyć lub przytulić, niekiedy wysyła właśnie nas, żebyśmy to zrobili w Jego imieniu.

Nie lubimy rozmawiać o cierpieniu, jest to temat tabu. Czasem łatwo nam mówić i pouczać innych ludzi, że trzeba przyjąć swój krzyż, swoje cierpienia i ból i nieść go razem z Jezusem. Ale czy kiedy nas dotyka cierpienie, mówimy tak samo? Czy wtedy w tym krzyżu umiemy zobaczyć nadzieję i błogosławieństwo? Boimy się cierpienia, które zazwyczaj przychodzi zupełnie niespodziewanie… no bo jak można być gotowym na poważny wypadek kogoś bliskiego? W jaki sposób przygotować się na wypadek, po którym wylądujemy na wózku inwalidzkim? Nie da się tego dokonać. “Gdzie Ty jesteś, Boże?”, “Dlaczego temu nie zapobiegłeś?!”, “Długo jeszcze będziesz patrzył, jak cierpię?”. Pytamy i absolutnie mamy do tego prawo. Choć Bóg nie stworzył cierpienia, czasem je dopuszcza, bo ma w tym jakiś swój plan, o którym nam powie pewnie dopiero w niebie. Czasem Pan Bóg chce, abyśmy się nawrócili, zmienili swoje postępowanie, aby nas lepiej przygotować na wieczność… Często to jedyna droga, jaką może do nas dotrzeć, bo przecież “jak trwoga to do Boga”.

Bezapelacyjnie potrzebujemy w takich chwilach ludzi, którzy będą przy nas, którzy swoim słowem, dotykiem ukoją nasz ból często bardziej psychiczny niż fizyczny.

Mówiąc o bólu i cierpieniu, chciałam wtrącić swoje “trzy grosze”: Zawsze wydawało mi się, że jestem zbyt wrażliwa, żeby przybywać z ciężko chorymi ludźmi, a jeszcze bardziej jeśli chodzi o ludzi umierających. Myślałam sobie: „już wolę co tydzień chodzić do domu dziecka!”. Życie jednak potoczyło się zupełnie inaczej… W liceum siostra zakonna, która uczyła mnie religii prowadziła wolontariat hospicyjny i namówiła mnie, żebym przyszła na pierwsze spotkanie, zobaczyła co i jak. Bardzo się bałam, że sobie nie dam rady, że to będzie dla mnie zbyt ciężkie. Okazało się jednak, że wcale nie było tak źle. Poznałam cudownych ludzi, pielęgniarki, personel, innych wolontariuszy. Polubiłam chodzenie tam. Biłam się czasem sama ze sobą, iść dziś czy nie iść. Po czasie wykruszyły się koleżanki, a ja postanowiłam sobie, że będę chodzić co tydzień i chciałam być wierna temu postanowieniu. Czasem nie miałam zupełnie ochoty, nie potrafiłam się przemóc. Jednak gdy już wygrywałam tę walkę, wchodziłam do jakiejś sali i zaczynałam rozmowę z tą straszą osobą, to wszystko mijało. Zmieniło się całkiem moje postrzeganie tego miejsca. Okazało się, że ci chorzy ludzie też potrafią się uśmiechać, a nawet żartować. Nie robiłam raczej nic wielkiego, po prostu przychodziłam i rozmawiałam z nimi. Czasem wyszłam na jakiś spacer, pomogłam w podawaniu jedzenia. Najgorszy w tym wszystkim był chyba fakt, że kiedy przyjdę za tydzień, tej osoby może już nie być…

Pamiętam jedną Panią, u której jednym z objawów choroby były zaniki pamięci. Szłam korytarzem, żeby zorientować się do kogo dziś mogę wstąpić na pogawędkę. Kobieta akurat stała w drzwiach swojej sali, na ramieniu miała torebkę. Podeszłam do niej, a ona zaczęła mi tłumaczyć: “Ja tu jestem tylko na chwilę, właśnie zaraz wychodzę”. Trochę mnie to zbiło z tropu, nie ukrywam, że zaśmiałam się w duchu i odpowiedziałam, tylko: “dobrze, dobrze”. Tutaj, w doczesnym życiu powinniśmy być jak ta kobieta, gotowi na to, aby opuścić ten świat. Czekać z torebką na ramieniu, z torebką wypełnioną miłością do innych ludzi. Powinniśmy stać i czekać w drzwiach, aż Jezus zbierze tę torebkę i weźmie nas do siebie.


Katarzyna Bogacz

Katarzyna Bogacz

Bardzo lubię malować, tańczyć oraz spędzać czas z małymi dziećmi. Cieszę się, kiedy mogę komuś pomóc. Staram się dawać innym to, co we mnie najlepsze. Mam wielką potrzebę dzielenia się z innymi doświadczeniem miłosiernego Boga i świadczenia o Jezusie wśród ludzi.