fbpx

Wiara

Największe zwycięstwo

7 miesięcy temu

Ze wszystkich postaci biblijnych Jan Chrzciciel onieśmiela mnie najbardziej. Myślę, że ludzie, którzy ówcześnie przychodzili do Jana po naukę i chrzest, też musieli być pod wrażeniem tego, jak bezkompromisowo Jan żył tym, co głosił. Kiedy wyobrażam sobie św. Jana Chrzciciela w jego odzieniu z wielbłądziej skóry, jedzącego szarańczę, i jego ekstremalne warunki “mieszkaniowe” na pustyni, jedno słowo przychodzi mi na myśl: twardziel! Taki mężczyzna, który nie boi się braku wygód, którym nie zachwieje byle problem, któremu niestraszny niedostatek. W dużej mierze to Boża Łaska sprawiła, że Jan był takim, jakim był, ale z Łaską trzeba współpracować. Bóg nigdy do niczego nie zmusza. Co takiego zrobił Jan Chrzciciel, że Boża Łaska pracowała w nim tak potężnie? Że sam Jezus powiedział o nim: “między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana?” (Łk 7, 28).

Gdyby Jan Chrzciciel prowadził statystyki na temat tych, którzy nawrócili się dzięki jego naukom i przyjęli od niego chrzest, moglibyśmy z podziwem wypowiedzieć zasłużone “wow!”. Ewangelie podają, że do Jana na pustynię przychodziły tłumy. Ale im dłużej przyglądam się jego postaci, tym bardziej mam wrażenie, że te tłumy ochrzczonych, to wcale nie było największe zwycięstwo Jana. Największym jego zwycięstwem była rezygnacja z samego siebie. On sam powiedział o tym tak:

Trzeba, by On wzrastał, a ja żebym się umniejszał.
(J 3, 30)

Rezygnacja z samego siebie przynosi wolność, a wolność uzdalnia nas do relacji z Jezusem, która staje się przestrzenią cudów. Im więcej potrafimy odrzucić, im bardziej potrafimy zrezygnować z siebie, tym bardziej otwieramy się na działanie Boga – w nas i przez nas.

Święty Jan Chrzciciel był pod tym względem tytanem wiary. Moje onieśmielenie jego osobą zapewne bierze się ze świadomości, że sama często jeszcze trzymam się kurczowo tego, co blokuje działanie Bożej Łaski, bo tak po ludzku ciężko jest wejść na ten radykalny poziom wiary, gdy naprawdę nic innego poza Bogiem nie ma znaczenia. Przyglądam się dziś sobie i nie wiem, czy potrafiłabym tak jak np. św. Rita prosić dla swoich dzieci raczej o śmierć, zamiast bezczynnie patrzeć, jak idą w grzech ciężki. Jan Chrzciciel prezentuje dla mnie tę samą “ligę” duchowości. Jest coś, co trzeba było zrobić, nawet największym kosztem, i Jan po prostu to zrobił. Odrzucił wszystko to, czego inni pożądali, do czego inni dążyli. Umniejszył się z zawstydzającą nas pokorą…

Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony.
(Mt 23, 12)

Przykład św. Jana Chrzciciela zwraca dziś moją uwagę nie tylko na kontekst mojej osobistej relacji z Bogiem, czy ludźmi z najbliższego otoczenia, ale także na działalność ewangelizacyjną, bo przecież właśnie tym zajmował się Jan, choć może w bardziej bezpośredni sposób. Dziś możemy wykorzystywać do ewangelizacji także media, tak jak robi to m.in. Pustynia Serc. A media, obok tych wielu pożytecznych możliwości, które dają, niosą ze sobą także ryzyko zbytniego umiłowania bycia na świeczniku, bycia w centrum zainteresowania, bycia na topie, bycia autorytetem, bycia rozpoznawalnym. Tych wszystkich lajkach, poleceniach, subskrypcjach i liczbach udostępnień można zgubić sens głoszenia – można zgubić Jezusa Chrystusa. A “trzeba, by On wzrastał, a my żebyśmy się umniejszali” (por. J 3, 30).

Bez względu na to, czy mówimy o działalności ewangelizacyjnej, czy o relacjach z innymi w naszych rodzinach lub pracy zawodowej, każdy z nas na pewno nie raz doświadczył tego, jak ciężko jest zrezygnować z własnego “ja” i zgodzić się na to, że Bóg ma inny plan. Jan Chrzciciel potrafił trwać w tym samoogołoceniu także wtedy, gdy ceną okazało się jego życie. A my? Jak często trwamy w uporze przy swoim?

Może dlatego, że wciąż gdzieś pędzimy? Bo ciągle nam mało, ciągle chcemy więcej. Od razu chcemy błyszczeć. Nawet w sferze duchowości próbujemy przeskoczyć pewne etapy. Nie chcemy trudności, nie lubimy naszego miejsca w szeregu. System społeczny, w którym żyjemy, już od pierwszych klas szkolnych uczy nas, że musimy się wykazać, że musimy być bardziej kreatywni, niż inni, że wyniki, statystyki i średnie świadczą o wartości naszej pracy. A tymczasem jeśli nie będziemy mieć się na baczności, zachłyśnięcie się sobą sprawi, że dobro pozbawione sensu, czyli Boga, wyda złe owoce. Owoce przestaną być Boga, a staną się naszymi. Zamiast mówić jak św. Jan: “idźcie do Boga”, zaczniemy zachęcać “chodźcie do nas”.

Obłędna jest pokora Jana Chrzciciela! Nie tylko zrobił wszystko, aby przygotować ludzi na przyjście Mesjasza, ale jeszcze nie szukał dla siebie miejscówki przy Jego boku, gdy Chrystus w końcu przyszedł. Nawet wtedy, gdy Jezus powiedział o Janie, że jest on największym spośród ludzi, Jan – mówiąc współczesnym językiem – nie wykorzystał szansy, by ugrać coś dla siebie. To był człowiek surowy, pokorny i bardzo skupiony na swoim zadaniu. Potrafił dostrzec, i co najważniejsze zaakceptować, swoje miejsce w szeregu. Nie starał się błyszczeć bardziej od Boga. I jestem pewna, że w dużej mierze nauczyła go tego pustynia, czyli przestrzeń, w której nic nie zakłócało jego relacji i dialogu z Bogiem.

Zastanawiam się, co dziś powiedziałby nam Jan Chrzciciel i myślę, że jako człowiek konkretnych czynów nie rozwodziłby się za bardzo. Może powiedziałby krótko: Bóg nie posyła cię po to, abyś rozsmakowywał się w wisienkach z tortów, ale aby twoje życie było świadectwem Jego nieustającego przychodzenia. Nie możesz błyszczeć na świeczniku, który podsuwa świat, i jednocześnie odbijać blask Bożej chwały. Zdecyduj się – albo ty, albo On.


Izabela Kasprowicz-Żmuda

Izabela Kasprowicz-Żmuda

Pełnię funkcję koordynatora blogerów. Interesuje mnie duchowość kobieca i małżeńska, pociąga duchowość karmelitańska, jestem związana z Katolicką Odnową w Duchu Świętym. Lata temu oddałam swoje życie Bogu, i chociaż często prowadzi mnie pod górkę, nie żałuję ani jednego dnia z tej wspólnej wędrówki. Mimo że mam swój bagaż słabości i wad, pragnę uwielbiać Jezusa w moim życiu!