fbpx

Wiara

Małe męczeństwo

3 miesiące temu

Wydawałoby się, że w Polsce mamy się dobrze. Kiedy słyszymy słowo „męczeństwo”, zwykle nasze myśli biegną do wielkich świętych pierwszych wieków albo co najwyżej do ofiar faszyzmu i komunizmu. W niedzielę idziemy do kościoła ze spokojem, nie myśląc o możliwości podłożenia tam bomby, a wracając, nie usłyszymy wieści, że sąsiadkę spod trójki zakatowano za wiarę w Chrystusa. I nawet jeśli gdzieś z tyłu głowy mamy świadomość, że są regiony świata, w których tak wygląda codzienność katolików, zakręceni w wirze własnego życia nie przywiązujemy do tego większej wagi.

A jednak także nasza rzeczywistość jest niejednokrotnie pełna sytuacji, które stawiają nas w obliczu męczeństwa. To trochę inne męczeństwo. Nie ma w nim przelewania krwi, ale są rany. Rany wyśmiania, niezrozumienia, odrzucenia. Chłosty, w których zamiast bicza spadają na człowieka kąśliwe komentarze, obelgi i wyzwiska. Kąpiel w lodowato zimnej wodzie ironii i sarkazmu. W skrajnych wypadkach – wygnanie, ultimatum „albo Bóg, albo my”, często wypowiedziane przez ludzi, którzy z racji swojej pozycji powinni wspierać i dawać wolność. W wielu domach, szkołach, zakładach pracy są współczesne areny cyrków Rzymu.

Wczoraj Liturgia Kościoła pokazała nam męczeństwo Jana Chrzciciela. Kościół opowiada nam historię, jak jego trwanie przy prawdzie doprowadziło go do złożenia głowy najpierw na pieńku kata, a potem na bogato zdobionej misie. Z perspektywy świata może być odebrany jako wielkim przegrany – nie umiał siedzieć cicho i podlizać się władzy, narażał się w obronie prawdy, która była niewygodna. A jednak wiemy, jak patrzył na niego Bóg, bo Jezus sam o tym powiedział – spośród zrodzonych z niewiasty nie było większego.

Postać Jana Chrzciciela może być dla nas inspiracją, kiedy spotyka nas to małe, bezkrwawe męczeństwo – albo wcześniej, w sytuacjach, kiedy musimy podjąć decyzję, czy trwać przy własnych wartościach i przyjąć związane z tym konsekwencje czy ulec i żyć wygodnie. Możemy przypominać sobie o nim w tramwaju, kiedy przejeżdżamy obok kościoła (i jeszcze w dodatku – o zgrozo – z niewierzącymi znajomymi). Ktoś może przypomnieć sobie o jego wierności wartościom, kiedy koleżanki dyskutują o wolnej miłości bez zobowiązań, i nie udawać, że się z nimi zgadza. A może komuś przyda się teraz jako deska ratunku dla powołania, chwiejącego się przez nieakceptację ze strony rodziny. Jan Chrzciciel trwał wiernie w swojej Prawdzie, którą był Bóg, mimo wszystko, choć na pewno się bał.

Warto także popatrzeć na całe zjawisko od strony prześladowców. Kiedy zbyt łatwo się uginamy pod ciężarem lęków, kiedy nie mamy odwagi, by być sobą i wyrażać tego, w co wierzymy – może nawet myśląc, że to przejaw miłości, dążenia do pokoju – stajemy się dla niewierzących tym większym dowodem, że cała ta wiara to ściema, a my jesteśmy powierzchownie religijnymi hipokrytami. Tylko wyraziści ludzie, tacy jak Jan Chrzciciel, są w stanie dawać świadectwo, które przekonuje. „Krew męczenników jest posiewem chrześcijan” – powiedział Tertulian o sytuacji w pierwszych wiekach Kościoła. W naszych prześladowaniach też możemy stawać się nasieniem wiary w innych. Tylko… czy nasza wiara jest wystarczająco prawdziwa?


Przejdź do ćwiczenia duchowego
Anna Kierbedź

Anna Kierbedź

W godzinach pracy tłumaczka tekstów zupełnie niekreatywnych. Po godzinach – wariatka (to sprawdzona opinia moich najbliższych przyjaciół), która chce czterema kółkami swojej limuzyny (zwanej też poduszkowcem, TIR-em lub wózkiem inwalidzkim) wykreślić na tej ziemi i na ludzkich sercach jakiś pozytywny ślad. Zafascynowana ludźmi – ich poznawaniem, byciem z nimi, wspólnym śmianiem się i płakaniem. Szukająca inspiracji u Jezusa i zaprzyjaźnionych hiszpańskich świętych – Ignasia z Loyoli i Teśki z Avili. Zakochana do szaleństwa w Słowie. Ponad tym wszystkim – odnaleziona, umiłowana córka Boga.