fbpx

Wiara

Jak w Bożym Narodzeniu nie przegapić Boga?

4 miesiące temu

Dla każdego, kto mnie zna, nie jest tajemnicą, że nie jestem świąteczną osobą. Zasadniczo nie przepadam za kolędami, za świątecznymi piosenkami, które katuje każda stacja radiowa, drażnią mnie panoszące się ozdoby, dzwonki, choinki, prezenty i wszędobylskie napisy w sklepach, że nadchodzi „ ten magiczny czas”. Od lat ten głośny, rozdmuchany klimat Bożego Narodzenia, którego łatwo doświadczyć po wyściubieniu nosa ze swojego biura, sprawia, że wykręcam się na lewą stronę z powodu dyskomfortu. To klimat, w którym najważniejszy jest festiwal światełek, uliczne konkursy na to, czyj dom będzie bardziej przypominał ten z Kevina, a najważniejszym gościem kolacji wigilijnej jest karp.

Z czasem zaczęło mnie też męczyć podejście moich znajomych, którzy, niczym galerie handlowe zaraz po dniu zadusznym, zamieniali się w chodzące choinki, zapętlając w kółko płytę z muzyką świąteczną Michaela Buble i idealizując Boże Narodzenie na podstawie filmu „To właśnie miłość”. Najbardziej przykre było, gdy po takich dwóch miesiącach nakręcania się na „najbardziej niezwykły czas w roku” mówili mi, że się rozczarowali. Że nie było jak na tych ładnych obrazkach w pinteresta, przy rodzinnym stole nie było tak ciepło jak na filmie, brzuchy ich bolą z przejedzenia, a w zasadzie to „Święta, Święta i po Świętach”. I wiecie co? Doskonale ich rozumiałam, bo pomimo tego naburmuszenia na cały świat, przeżywałam to samo, a nawet więcej.

Przez całą tę otoczkę reniferowej stylistyki, która to pieści oczy sielskimi obrazkami śniegu, swetrów i kubków gorącej czekolady z piankami, rok po roku zaczęłam odczuwać coraz mocniej niechęć do tej sztucznej magii Świąt. Sama gdzieś w głębi duszy liczyłam, że kilka fikuśnych bombek sprawi, że i moje Święta będą magiczne. Doszło w końcu do tego, że na cały ten blichtr zaczęłam reagować niemal alergicznie, bo kojarzył mi się z zawodem. Jednak moja niechęć do grudniowego kiczu nie zatrzymała się na tym, bo poszła o krok dalej. Przestałam lubić samo Boże Narodzenie. Przestałam widzieć w nim Boga, a zaczęłam widzieć wydarzenie.
Jak w takim razie znaleźć równowagę pośród czekoladowych mikołajów, łańcuchów i kartek z życzeniami? Jak w tym wszystkim zacząć widzieć Boga, a nie opłacalny biznes?

Sama ostatnio postawiłam sobie to pytanie. Zaczęłam się zastanawiać, co moi bliscy widzą w tym przedświątecznym szale. Nie mówię o szale zakupów, a o całych przygotowaniach. W pierwszej chwili odezwał się mój cynizm: “no tak, kolejni, którzy wpadli w konsumpcyjną pułapkę świecidełek”, jednak po pewnym czasie pomyślałam, że może nie do końca tak być.

Wytłumaczę to na prostym przykładzie liturgii – Msza Święta jest szczytem i źródłem życia chrześcijańskiego, dlatego staramy się ją upiększyć. Liturgiczna służba ołtarza przygotowuje asystę, ksiądz pracuje nad kazaniem, lud przystępuje do spowiedzi, żeby móc godnie przyjąć Eucharystię, chór uczy się pieśni, organista gra. Można pójść też głębiej – mamy prasują małym ministrantom koszule, piorą lektorom alby, cała służba liturgiczna ma zbiórki, na których uczy się różnych czynności, ksiądz przez sześć lat seminarium przygotowuje się do bycia kapłanem, chór ma regularne próby, panie z kółka różańcowego ozdabiają kościół kwiatami, a organista na Uniwersytecie Muzycznym studiuje chyba najbardziej skomplikowany instrument świata. Przygotowania do Mszy Świętej to nie tylko ten kwadrans przed. To całe życie.

Adwent nazywamy radosnym oczekiwaniem. I tak właśnie jest. Tak jak w oczekiwaniu na gości sprzątamy w domu, gotujemy obiad, ładnie się ubieramy, tak czekając na Jezusa, chcemy sprawić, żeby wszystko wokół nas było jak najbardziej zadbane i najpiękniejsze. Chcemy, żeby dom pachniał ciastem, buty były wypastowane, a wszystko wokół nas ozdobione, żeby i inni wiedzieli, że czekamy na Solenizanta. Skoro na urodziny przyjaciół przygotowujemy atrakcje, to dlaczego mamy nie zrobić tego na Jego urodziny? I dlaczego mamy się tym nie cieszyć? Dlaczego mamy nie snuć długich przygotowań przed?

Czy uprościłam? Z całą pewnością. Czy wszyscy mają taką intencję? Pewnie nie. Czy jednak trochę nie ma przesady w tym bożonarodzeniowym hajpie? Na sto procent jest! Ale mogę narzekać na wygląd współczesnego świata, że w reklamach do mieszkań ludzi nie wchodzi pan Chajzer i zamiast wręczać proszek do prania, nie pyta “a czy Ty byłeś już u spowiedzi?”, a mogę też wykorzystać to, co mi daje, by w tej zwykłej codzienności uwielbiać Boga. Gdyż to właśnie w takich drobiazgach najciężej jest mi Go dostrzegać w adwencie. Łatwo jest mi śpiewać “Marana Tha” na roratach, łatwo jest oglądać langustę na palmie, telepiąc się pociągiem do Warszawy i myśleć: “tak, Jezu, tak będę dziś Cię dziś uwielbiać, ale to tak, że nikt Cię tak dziś nie uwielbi jak ja!”, łatwo jest założyć maskę dobrego katolika, który to przecież tak omadla nadchodzące Święta, że chyba trzeba zadzwonić po papieża, żeby szykował wolny termin na kanonizację. Trudniej spojrzeć z miłością na to, co wydaje się czasem może aż zbędne. I chociaż jeszcze nie wszystkie popkulturowe elementy grudnia zapadły mi w serce, być może już zawsze będę wobec nich nieco sceptyczna, będę próbować spojrzeć na nie inaczej i do tego też chcę zachęcić Was – do spojrzenia pełnego miłości na to, co nas otacza i dostrzeżenia w Jezusa codzienności. Na te oświetlone ulice czy na ten topnienący śnieg. Na mamę, która już może nieco zirytowana lepi pierogi, na tatę, któremu silnik nie chce odpalić czy sąsiada, który naśmiecił w windzie swoją choinką. Nie chodzi o pobłażliwość, chodzi o dostrzeżenie, że w tym wszystkim, w całym tym chaosie okołoświątecznym, celem jest radość Jego Narodzin. Bo chociażby cały świat nie zdawał sobie z tego sprawy, to czeka na Jego przyjście.

Tymczasem ja wracam do mojego czekania i rachunku sumienia. Okręcona kocem w renifery…


Zuzanna Maleta

Zuzanna Maleta

Wychowałam się w formacji Ruchu Światło-Życie, gdzie jestem do tej pory. Zawodowo pracuję w korporacji, natomiast prywatnie w wolnych chwilach opowiadam ludziom o historii warszawskiej architektury.