fbpx

Styl życia

Kiedy przychodzi wierzyć w ciemno

5 miesięcy temu

Świat wokół nas jest tak często zabiegany – szybki internet, telefon, natychmiastowa komunikacja. Nie musimy wiele się trudzić, bo niemal wszystko możemy dostać gotowe jak na tacy, pod sam nos, począwszy od jedzenia, a skończywszy na informacjach prasowych czy telewizyjnych. Nie jest wolna od tego również miłość, która w dzisiejszych czasach ma być szybka, łatwa i przyjemna; pozbawiona troski i zrozumienia dla drugiej osoby. Uciekamy od trudnych i bolesnych doświadczeń, nie zastanawiając się nawet nad ich celowością, nad tym czemu dana sytuacja dzieje się właśnie tak, a nie inaczej. Nawet nie staramy się tego zrozumieć.

Jakże inną drogę pokazuje nam Bóg, zapraszając nas na pustynię, którą może być ta wygospodarowana chwila w ciągu dnia, gdzie w zaciszu swego serca możemy być z Nim sam na sam. Chwila, która tak bardzo człowiekowi jest potrzebna, gdzie możemy mówić do Niego, a nawet ze łzami w oczach wykrzyczeć Mu swój ból i niezrozumienie tego, co nas spotyka. Bóg nie wymaga od nas wiele, tylko abyśmy Jemu zaufali i zawierzyli; abyśmy zrzucili swe troski na Niego, aby mógł nas podtrzymać. I jeśli szczerym i gorącym sercem to zrobimy, to tak się stanie. Problem jedynie w tym, że często chcielibyśmy, aby wszystko było “po naszemu” i najszybciej jak się da. A gdy przychodzi trudne doświadczenie, gdy przez dłuższy czas nic się nie dzieje, pojawia się zwątpienie, brak wiary; czujemy się osamotnieni i opuszczeni, czasami wręcz oszukani przez Boga. W takim momencie sprawdzana jest nasza wiara i rzeczywiste zaufanie. U Boga nie ma czasu, u Niego jeden dzień jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień. Czasem ograniczeni jesteśmy jedynie my.

Maryja i Józef – dwie postacie tak nam bliskie, szczególnie w mijającym już okresie bożonarodzeniowym. Co ta słodka para z obrazków może mieć wspólnego z wiarą w ciemno, zaufaniem, doświadczeniem? Przecież to święci, wybrani przez Boga. Cóż Oni mogą wiedzieć o doświadczeniach, które spotykają Ciebie czy mnie? Przez takie i podobne myślenie stają się nam oni dalecy, wręcz nierealni. Nic bardziej mylnego – wprawdzie byli w sposób szczególny wybrani przez Boga, ale nie byli wolni od doświadczeń codziennego życia. Zwłaszcza tych, które były dla nich niezrozumiałe, trudne do przyjęcia. Postacie, które na kartach Ewangelii nie powiedziały nic lub powiedziały bardzo mało, są przykładem wiary i zawierzenia dla kolejnych pokoleń.

Początkiem wszystkiego jest zdarzenie, które w dzisiejszych czasach może już nie jest aż tak szokujące, bo współcześnie nieplanowana ciąża nie jest tak szokująca jak w kulturze i mentalności ówczesnych Izraelitów. Dla Maryi i Józefa było to jednak spore życiowe trzęsienie ziemi wymagające zapewne wielu godzin spędzonych sam na sam z Bogiem. Słowa Gabriela w pierwszym momencie strwożyły Maryję, lecz już po chwili rozważała je w swoim sercu, a rozważanie przerodziło się w pełną ufności odpowiedź: “Oto ja, służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa” (Łk 1,38). Czyli inaczej mówiąc: “bądź wola Twoja”. Nowina była wspaniała i choć od Boga przyszła i Bogu została zawierzona, zapewne nie była wolna od myślenia “co dalej?”. 

Maryja została poślubiona Józefowi. Tak Ewangelia opisuje relację Józefa i Maryi, ale w tamtym środowisku i czasie pierwszy etap zaślubin działał na zasadzie współczesnych zaręczyn. Były to już zaślubiny, lecz małżonkowie nie mieszkali jeszcze razem, a już na pewno nie współżyli ze sobą. Cały dramat Maryi w tamtej chwili może zrozumieć tylko dziewczyna przeżywająca coś podobnego do Niej. Co powie Józef, rodzina, środowisko? W czasach Maryi dochodził jeszcze strach o własne życie, bo przecież za cudzołóstwo groziła śmierć przez ukamienowanie. Niedługo po Zwiastowaniu Maryja wybrała się do swej krewnej Elżbiety. Ewangelie przekazują nam, że pospieszyła jej pomóc na wieść o tym, że ta jest brzemienną. Mogło być również tak, że Maryja tam właśnie poszła szukać wsparcia, zrozumienia. Czytając Ewangelię św. Łukasza, można odnieść wrażenie, że ciąża Elżbiety, do której odnoszą się słowa “dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”, jest swoistym potwierdzeniem dla Maryi tego, co usłyszała z ust Anioła. A przez usta Elżbiety Bóg pocieszył Maryję. Ta, która nie mogła wiedzieć o ciąży swojej młodszej kuzynki, na jej widok wykrzyknęła: “Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?” (Łk.1,42-43). Maryja nie musiała nic mówić, tłumaczyć się; słowa Elżbiety umocniły Ją, były dla niej jak promień słońca przebijający się przez ciemne burzowe chmury. Słowa Elżbiety napełniły duszę i serce Maryi szczęściem do tego stopnia, że wyśpiewała Bogu radosne dziękczynienie. Możliwe też, że dzięki temu była gotowa wrócić do Nazaretu i stawić czoła temu, co Ją tam mogło spotkać.

Józef, dowiedziawszy się o ciąży Maryi, też bił się ze swoimi myślami. Zapewne niejedną chwilę spędził na rozmowie z Bogiem. Zamierzał potajemnie oddalić Maryję od siebie, lecz dopiero interwencja anioła pozwoliła Mu zaufać Bogu i wziąć Ją do siebie. Wizja ta była również umocnieniem Józefa do dalszej życiowej drogi, do przyjmowania często trudnych i może niezrozumiałych życiowych doświadczeń.

Takich jak na przykład droga do Betlejem – trudności ze znalezieniem noclegu, narodziny Dziecka w nędznej szopie, Dziecka, które według zapewnień anioła miało być kimś wielkim, nastręczało zapewne wiele różnorodnych myśli. Pokłon pasterzy i wizyta trzech Wędrowców z drogocennymi darami być może dało wrażenie, że teraz już wszystko będzie dobrze się układało. Lecz nowe trudne doświadczenie spadło na Świętą Rodzinę – oto Józef otrzymał we śnie nakaz zabrania swojej rodziny i opuszczenia Betlejem. Pod osłoną nocy, nie wzięli raczej wiele ze sobą, w pośpiechu udali się do Egiptu. Tam układali sobie jakoś wspólne życie do czasu, gdy Józef znów dostał we śnie nakaz powrotu w ojczyste strony. Bez zaufania i zawierzenia Bogu, pomimo różnorakich doświadczeń, nie znalibyśmy Józefa takim, jakim znamy go teraz.

Pan Bóg na wyhodowanie dyni potrzebuje tygodni, a na wyhodowanie dębu wiele lat. Tak naprawdę nie wiemy, czy mamy być ludźmi-dyniami czy ludźmi-dębami, to wie jedynie Bóg, Który woła każdego z nas po imieniu. Jeśli Mu odpowiadamy, jeśli chcemy Mu zawierzyć i ufamy, musimy być przygotowani na wiarę w ciemno, i Bogu zostawić czas oraz drogę, po której nas prowadzi, na przyjęcie trudnych doświadczeń, często bez zrozumienia, dlaczego coś się dzieje, tak a nie inaczej. Posłużę się przykładem pewnego człowieka, który niemal od dzieciństwa pragnął służyć Bogu. Z biegiem lat coraz mocniej czuł w duszy powołanie do kapłaństwa. Było to tak silne wołanie, że mimo wielu trudności i przeciwności postanowił wstąpić do zakonu. Po roku pojawiły się pierwsze trudności, okazało się, że stan jego zdrowia może stanowić przeszkodę. Pozostał w klasztorze, pracując jako osoba świecka. Umacniał swoją wiarę i relację z Bogiem do czasu, gdy znów poczuł w duszy wołanie do dalszej drogi. Mimo wielu trudności i przeciwności posłuchał wewnętrznego wołania i podjął postulat w innym zakonie. Tu również często płynął pod prąd. Na zdrowy rozum powinien wszystko zostawić i wrócić do domu, bo wszystko wskazywało na to, że to nie jego droga, lecz głos w duszy był silniejszy. Gdy wydawało się, że już wszystkie problemy minęły, gdy wyklarowało się, że ukoronowaniem tego pragnienia będą pierwsze śluby, nagle okazało się, że doświadczenie Jego zaufania i zawierzenia dopiero się rozpoczyna, musiał wszystko zostawić i wrócić do świata. Wrócił i często jego rozmowa z Bogiem była przez łzy, a pytanie “dlaczego tak a nie inaczej Bóg go prowadził, dlaczego wołał go na tę drogę, dał mu nadzieję, w pewnym momencie nawet pewność, a potem wszystko to mu zabrał?” towarzyszyły mu jeszcze przez jakiś czas. Wielu z nas w takiej sytuacji dałoby sobie spokój, obraziło się na Boga lub zupełnie od Niego odeszło. Człowiek ów, pomimo swoich ułomności i upadków, pozostał jednak wierny. Minęły kolejne lata, zanim zrozumiał dlaczego było tak a nie inaczej; dlaczego jego droga właśnie tak wyglądała. Zawierzył, zaufał, oddał swoje życie do dyspozycji Boga. Czy był dynią czy dębem, dowie się zapewne dopiero u kresu swej drogi, ale jest dla mnie przykładem, że u Boga nie szybkość jest najważniejsza, lecz wytrwanie w zaufaniu mimo przeciwności. Nie miał on wizji anioła mówiącego doń co ma robić, było to raczej spotkanie ze Słowem mówiącym jak do Natanaela: “widziałem cię pod drzewem figowym”. To pomogło mu trwać i słyszeć to Słowo mimo wielu życiowych burz.

Jak długo trzej Królowie badali księgi, jak długo wpatrywali się w gwiazdy, tego nie wiemy. Zapewne trwało to wiele lat. To, czego szukali, objawione zostało im w małej betlejemskiej grocie, a spotkanie miało wpływ na dalszą ich drogę. Już nie musieli pytać gwiazd, wystarczył głos anioła nakazujący im powrót inną drogą.

Istnieje jeszcze legenda o czwartym królu, Artabanie. Jego droga w ciemno trwała 33 lata, dopiero wtedy gwiazdę, której szukał, a myślał, że stracił ją już na zawsze, ujrzał jaśniejącą nad środkowym krzyżem, na górze zwanej Golgotą. Jego wzrok zetknął się ze wzrokiem wiszącego człowieka, wtedy dopiero “jak błysk przemknęła myśl: tutaj jest cel, do którego pielgrzymowałem przez całe życie. Ten Człowiek jest Królem ludzi i Zbawieniem świata, na którym oparłem swoją tęsknotę, którego spotkałem we wszystkich utrudzonych i obciążonych”. Król opadł pod krzyżem na kolana. W jego otwarte ręce spadły wtenczas trzy krople krwi. Były bardziej lśniące niż szlachetne kamienie. Gdy Jezus umarł z okrzykiem na ustach, umarł też król. „Jego twarz jeszcze w śmierci była zwrócona w kierunku Pana i błyszczała jak promieniejąca gwiazda”. Jego twarz jaśniała, bo w tej chwili dowiedział się, że Ten, którego szukał, za którym podążał całe swe życie, tak naprawdę był przy nim przez cały czas. Usta Artabana mówiły do Króla: “Nie, mój Panie. Kiedyż to widziałem Cię głodnym i nakarmiłem Cię? Spragnionym i dałem Ci pić? Przybyszem i przyjąłem Cię do siebie? Nagim i przyodziałem Cię? Kiedy zobaczyłem Cię chorym lub w więzieniu i przyszedłem do Ciebie? Trzydzieści trzy lata Cię szukałem, ale nigdy nie ujrzałem Twego oblicza, ani Ci nie służyłem, mój Królu”. Na to Król z drzewa Krzyża odpowiedział Mu to, co mówi do każdego z nas, którzy mimo niewiedzy o tym, dlaczego coś dzieje się tak a nie inaczej, trwamy przy Jego Słowie: „Zaprawdę powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40). Może legenda o czwartym królu to tylko legenda, inspirująca bajka, która nie ma żadnego potwierdzenia w Ewangelii, ale lubię tę historię, bo przypomina, że każdy ma swoją drogę do Boga i każdy na swój sposób Go odnajduje.

*Cytaty zaczerpnięte z książki “Czwarty król” autorstwa Henry’ego van Dyke


Mariusz Żmuda

Mariusz Żmuda

Jestem osobą świecką, fascynuje mnie duchowość Karmelu i osoba św. Tereski. W swojej codzienności: w małżeństwie, w pracy zawodowej i w relacjach z innymi ludźmi staram się realizować Jej “Małą Drogę”. Pociąga mnie styl życia wyrażający się w duchowej postawie Marty i Marii z Betanii. Interesuję się także misjami, zwłaszcza tymi prowadzonymi przez moich przyjaciół oo. Werbistów.