Inspiracje

Nauczyciel szlachetności

6 dni temu

Stefan Wincenty Frelichowski przyszedł na świat 22 stycznia 1913 roku w Chełmży, w rodzinie rzemieślniczej jako trzecie dziecko Ludwika i Marty Frelichowskich. Prowadzili oni piekarnię oraz cukiernię, które stanowiły podstawę utrzymania dużej ośmioosobowej rodziny. Poza Stefanem Wincentym mieli jeszcze piątkę dzieci: Czesława, Leonarda, Eleonorę, Stefanię oraz Marcjannę Martę. Pomimo wielu obowiązków w rodzinie panowała atmosfera wzajemnej życzliwości i sumiennej pracowitości, co stanowiło dobry przykład dla gromadki dorastających dzieci, o czym wspomniała w jednym z ostatnich wywiadów siostra błogosławionego Marcjanna:

Mieliśmy wspaniałych rodziców. Mama, bardzo energiczna kobieta trzymała nas wszystkich w ryzach. Pamiętam też z moich dziecięcych lat, że z wieloma sprawami chodziło się do tatusia, który zawsze nas wysłuchał i pomagał. Rodzice dbali również o krzewienie miłości do Ojczyzny, która wciąż czekała na swoją niepodległość oraz o życie duchowe nie tylko swoich dzieci: Często śpiewaliśmy pieśni narodowe, patriotyczne i młodzieżowe (…). Pozostanie mi również wspomnienie październikowych kolacji, które zawsze kończyły się modlitwą na różańcu, mimo że na nabożeństwo różańcowe chodziliśmy do kościoła. Często modlitwę tę odmawiali razem z nami czeladnicy, którzy uczyli się zawodu u taty.

Siostra księdza Stefana wyjaśniła również, dlaczego nazywano go Wickiem:

Wspomniano mi, że kiedy urodził się Stefan, jego chrzestny, który był człowiekiem bardzo energicznym, mówił: Jak można mu nadać takie imię, będą mówić na niego jakiś tam Stefek. Musi mieć na imię Wincenty – jak patron dnia narodzin, to brzmi tak męsko i okazale. Wy możecie mówić na niego Stefan, ale ja zawsze będę mówił Wicek. To drugie imię, a właściwie zdrobnienie, tak do niego przylgnęło, że wszyscy zaczęli go tak nazywać.

W wieku 7 lat młody Wicek był świadkiem wkroczenia do Chełmży Wojska Polskiego, które przyniosło miastu wolność i świadczyło o odradzaniu się niepodległego państwa polskiego. W tym samym czasie chłopiec uczęszczał do szkoły podstawowej, a w wieku 9 lat został ministrantem. Po zakończeniu nauki w czteroklasowej szkole powszechnej wstąpił do ośmioklasowego męskiego pelplińskiego Gimnazjum Humanistycznego w Chełmży. Zetknął się wówczas z dwiema organizacjami, które miały duży wpływ na kształtowanie się jego osobowości. Swoje życie duchowe rozwijał w Sodalicji Mariańskiej, do której został przyjęty w czwartej klasie gimnazjum, a w roku 1930 został jej prezesem. Natomiast harcerstwo, z którym związał się nieco wcześniej, było szkołą wielkich ideałów i pracą nad charakterem. Działał w 24. Pomorskiej Drużynie Harcerskiej im. Zawiszy Czarnego. W swoim pamiętniku pisał:

Taka drużyna dawałaby swym członkom coś więcej niż samą karność i trochę wiedzy polowej i przyjemne obozy, lecz dawałaby im pełne wychowanie obywatela znającego dobrze swoje obowiązki dla Ojczyzny. Ja sam wierzę mocno, że państwo, którego wszyscy obywatele byliby harcerzami, byłoby najpotężniejszym ze wszystkich. Harcerstwo bowiem, a polskie szczególnie, ma takie środki, pomoce, że kto przejdzie przez jego szkołę, jest typem człowieka, jakiego nam teraz potrzeba.

Ostatnie lata szkolne młodego Wincentego zaczęły upływać na rozmyślaniach i różnych rozterkach. Duży wpływ na to miała także śmierć jego najstarszego brata Czesława, którą bardzo przeżył. U progu matury opisywał swoje dotychczasowe życie:

Dzieciństwo było szczęśliwe, bez żadnych trosk. Młodość też szczęśliwa, ale już nie taka. Już się więcej zbiera chmur i trosk. A czy ja wiem jakie będzie moje życie? Mój Boże, toć to już niemal 18-cie lat życia. Jakim ono będzie? Tak, to zależy od Boga i mej woli, charakteru. Muszę sobie wyrobić silny charakter, wolę nieugiętą, będę uparty. Tak uparty jak byli święci. Muszę dążyć do cząstki świętości, być dobrym chrześcijaninem.

W czerwcu 1931 roku zdaje maturę i podejmuje decyzję o wstąpieniu do Wyższego Seminarium Duchownego w Pelplinie, gdzie również angażuje się w wiele różnych organizacji m.in. w ruchu abstynenckim, w akcji misyjnej i charytatywnej. Nie porzucił również harcerstwa i został komendantem Starszoharcerskiego Zrzeszenia Kleryków ZHP. Był również opiekunem drużyn działających na terenie Pelplina. 14 marca 1937 roku przyjmuje święcenia kapłańskie w katedrze pelplińskiej z rąk biskupa Stanisława Okoniewskiego, którego był sekretarzem i kapelanem. Po roku zostaje wysłany do pracy w parafii Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Toruniu, gdzie szczególnie angażuje się w harcerstwo, pracę z dziećmi i młodzieżą oraz opiekę nad chorymi. To tutaj zastaje go wybuch II wojny światowej.

11 września 1939 roku w Toruniu rozpoczynają się aresztowania. Księża z parafii NMP zostają zatrzymani przez Gestapo. Następnego dnia wszyscy poza Wickiem zostają wypuszczeni. Prawdopodobnym powodem jego dłuższego zatrzymania były jego kontakty z młodzieżą oraz zaangażowanie w harcerstwo. Pomimo sugestii ze strony znajomych, aby wyjechał i ukrył się, postanowił zostać i dalej realizować swoje zadania. Nieco ponad miesiąc później. bo w październiku, został ponownie aresztowany i osadzony w toruńskim Forcie VII. Pomimo osadzenia dalej starał się realizować ideały harcerskie i kapłańskie, które tak go pociągały. Szczególnie ochoczo garnęła się do niego uwięziona młodzież, ale on szukał także osób samotnych, smutnych i chorych, którym starał się pomagać i pocieszać. W sposób konspiracyjny wypełniał również swoje kapłańskie obowiązki, organizując modlitwy, spowiedzi i msze święte. Tak samo było we wszystkich obozach, w których przebywał: w Stutthof, Grenzdorf, Sachsenhausen i Dachau. W połowie grudnia roku 1940 wszystkich księży z Sachsenhausen przewieziono do Dachau. To tam znajdowało się największe skupisko osób duchownych z całej Europy, a w szczególności z Polski. Kapłani należeli do grup, które były najbardziej gnębione spośród wszystkich więźniów. To w tym ostatnim obozie ks. Stefan pokazał swoją niezwykłą odwagę i serce. Na przełomie roku 1944/45 roku, gdy na terenie obozu wybuchła epidemia tyfusu, a Niemcy odizolowali chorych w osobnych barakach, skazując ich tym samym na śmierć, ks. Stefan wraz z 32 innymi polskimi kapłanami zgłosili się do pomocy przy chorych. Księża posługiwali im i organizowali dla nich wspólne modlitwy oraz udzielali sakramentów świętych. Nieustanny kontakt z chorymi doprowadzi w końcu do zarażenia się ks. Frelichowskiego, który zmarł 23 stycznia 1945 roku,dwa miesiące przed wyzwoleniem obozu przez Amerykanów. Jego postawę potwierdził ostatni wpis do pamiętnika, którego dokonał w drugą rocznicę święceń kapłańskich:

Chcę posiadać wiarę św. Piotra, mądrość św. Pawła, ale serce muszę mieć św. Jana. Serce czyste, niewinne. Muszę być kapłanem wedle serca Chrystusa.

Wyjątkową postawę zmarłego kapłana uznali nawet hitlerowcy, którzy pozwolili po raz pierwszy w obozie w Dachau na wspólne modlitwy przy trumnie wyłożonej białym prześcieradłem i udekorowanej kwiatami. Zanim ciało ks. Frelichowskiego zostało spalone, Stanisław Bieńka, który przed wojną studiował medycynę, zdjął z twarzy kapłana pośmiertną maskę, w której ukrył pozyskane z prawej dłoni relikwie w postaci kości palców.

Ks. Stefan Wincenty Frelichowski został beatyfikowany 7 czerwca 1999 roku w Toruniu przez Jana Pawła II, który powiedział o nim:

Zwracam się do całej rodziny polskich harcerzy, z którą nowy błogosławiony był głęboko związany. Niech stanie się dla was patronem, nauczycielem szlachetności i orędownikiem pokoju i pojednania.

22 lutego 2003 roku bł. Stefan Wincenty został ogłoszony patronem harcerstwa polskiego. Jego wspomnienie Kościół obchodzi 23 lutego.


Damian Janczara

Damian Janczara

Świadek Jezusa Chrystusa, dalej nauczyciel, historyk i religioznawca zarówno z pasji jak i z wykształcenia. Miłośnik gier planszowych, książek i wędrówek po górach.