fbpx

Formacja

O drzewie, wichurze i trzcinie

2 miesiące temu

Kilka dni temu miałam okazję spotkać się z przyjaciółmi. Nie byłoby to żadne niezwykłe wydarzenie, wszak wszyscy mieszkamy w odległości piętnastominutowego spaceru od siebie i siłą rzeczy widujemy się często. Ba! Mamy nawet swoją kawiarnię, a w niej swoją kanapę i możemy czuć się niczym bohaterowie serialu „Przyjaciele”, rozmawiając przy kubkach z gorącą americano o naszych dramatach i radościach. Tym jednak razem usiedliśmy przy jednym stole, ale nie na mieście, gdzieś biegnąc między naszymi pracami i wydziałami, zeskrobując nasze poległe w sesjach poprawkowych ciała z asfaltu rozczarowania dorosłością, a w domu. Było późno, wszyscy byliśmy zmęczeni, wszelkie maski udawania młodych kulturalnych ludzi czerpiących garściami z życia pospadały. I w ten oto sposób wspólnie zaczęliśmy kontemplować twórczość Jacka Stachurskiego.

W tym momencie, drogi Czytelniku, pewnie zastanawiasz się czy na pewno znalazłeś się na Pustyni czy może jednak w artykule z jakiejś sekcji pudelka, ponieważ co twórczość Jacka Stachurskiego może mieć do rozważań duchowych? Otóż jak się okazuje całkiem sporo.

Kiedyś już chyba pisałam, że staram się być w miarę prywatną osobą – mój profil na fejsie nie mówi zbyt wiele o moim prywatnym życiu, a z mojego instagrama raczej nikt nie wytropi, z kim się aktualnie spotykam i czy w ogóle. Nawet wpisany kierunek studiów nie jest prawdziwy, więc z tego miejsca przepraszam wszystkich, którzy poczuli się oszukani, ale umówmy się – traktowanie moich społecznościówek jako rzetelnego źródła informacji jest strzałem w kolano. Ale jest jeden wyjątek, gdzie jednak uprawiam pewien internetowy ekshibicjonizm i jest to ta strona. Pomimo prób opakowania moich wpisów w poczucie humoru, staram się pozostawać tu realna, bez liftingowania rzeczywistości. I tak się złożyło, że ostatnie miesiące nie należały do tych łatwych. To był czas weryfikacji ludzi w życiu, mojego zdrowia, moich wartości i decyzji. To był czas zmiany pracy, zmiany stylu życia i w tym czasie zachowywania szerokiego uśmiechu, coby nikt nie zauważył, że jednak nie jest tak cukierkowo, jak próbuję to wmówić całemu światu. Przez te miesiące zbudowałam wspaniałą fasadę energii, dobrego nastroju i takiego kato-coachingowego wycierania sobie twarzy tym, że wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia, jednocześnie wiedząc, że to niekoniecznie jest to czym żyję i na czym mi zależy. I tak sobie funkcjonowałam. Rosłam jako duże drzewo, momentami wierząc nawet, że wszystko ogarniam. Że wszystko jest pod kontrolą. Bo jak miałoby nie być? Jestem młoda, mam miłe życie, wspólnotę, przyjaciół, na których mogę polegać niezależnie od tego czy skończył mi się cukier czy potrzebuję podwózki o trzeciej nad ranem. Mam nową, fantastyczną pracę w fantastycznym radio, lekarzy, którym szczerze zależy na moim zdrowiu. Nie powinnam na nic narzekać, prawda? Ale tak dryfując sobie po tym morzu oszukiwania się, powoli odsuwałam się od Boga, od bliskich i od samej siebie.

I wtedy przyszła potężna wichura i połamała to duże drzewo kłamstw. Runęłam jak długa przygnieciona własnymi gałęziami niewiary, braku zaufania i pozowania na tą dobrą katoliczkę z tego dobrego domu.

Tu się zatrzymam, bo wiem, że opowieść może wydać się nieco chaotyczna i mega egocentryczna, ale żeby wyjaśnić to, do czego zmierzam, muszę wykonać pewien szpagat obyczajowy, tłumaczący co generalnie skisło w moim życiu, że doszłam do pewnych wniosków. Wróćmy więc do tej smętnej, jak odcinek czarnego lustra, historii.

Więc tak oto sobie funkcjonowałam. Jako takie połamane drzewo, które zmiotła z planszy pierwsza lepsza burza. Nie chciało mi się modlić, iść do kościoła, nawet przez pewien czas unikałam tych, którzy mnie kochają. No bo przecież jak pokażę im się w takim stanie? Jak im opowiem o depresji, o lekach, o tym, że w moich oczach nic nie ma sensu i co więcej, nie wiem czy jeszcze wierzę w Boga, a raczej nie chce mi się wierzyć, bo nie chce mi się żyć? To potęgowało beznadzieję, jaką odczuwałam. I leżąc sobie w trawie, obrastając mchem i powoli gnijąc zauważyłam, że tak naprawdę moje runięcie na ziemię, to błogosławieństwo. Tu możemy zacytować polskiego wieszcza muzyki współczesnej:

Potężna wichura łamiąc duże drzewa, trzciną zaledwie tylko kołysze.

Co na swój szalony sposób jest tekstem niemal zaczerpniętym żywcem z Ewangelii św. Łukasza:

Rozproszył pyszniących się zmysłami serc swoich
Strącił władców z tronu,
a wywyższył pokornych.
Głodnych nasycił dobrami,
a bogatych z niczym odprawił…

Bo On tak właśnie działa. A wichura, jaką przeżyłam, te chwile, kiedy nie miałam siły wstać z łóżka, kiedy tego, czy w ogóle coś jadłam pilnowała moja przyjaciółka, nie były karą. Były sprowadzeniem na ziemię, bo im bliżej ziemi byłam, jak ta trzcina, tym mniej mną telepało to, co działo się wokół. To ja byłam tym władcą, którego trzeba było strącić z tronu, żeby przestał opierać się tylko na sobie.

Czy to mnie czegoś nauczyło?
Tak.
Czy teraz już mogę uznać, że jest wiem co robić, gdy kolejny raz zaczynie mną miotać?
Tak.
Czy to znaczy, że jestem temu wierna i dzięki tej wiedzy nie wpadam już w spiralę autodestrukcji?
Jak najbardziej nie.

Bo jestem człowiekiem. I jestem pyszna. I próżna. I egoistyczna. I zapominam o Bogu, tak zajęta byciem mną. Ale muszę nauczyć się, żeby się tym nie biczować na każdym kroku, tylko żeby ćwiczyć swój charakter. Żeby sobie to wybaczać i umieć się ukochać, bo On to potrafi. I spycha mnie z tronu mojego życia, nie z zemsty, a dlatego, żeby sprowadzić mnie na ziemię. Tak jak przyjaciele mówiący mi, że „Hej, Zuza, to co robisz ci szkodzi. Nie wchodź w to, robisz sobie krzywdę”. Tylko gdy taki lekki powiew ich słów nie działa, trzeba wejść z buta, jak w pogo pod sceną na festiwalu. Bo miłość nie jest miła. Jest wymagająca – wymaga czasu, pracy i skupienia na czymś więcej niż tylko swoich zachciankach. Miłość karci i ćwiczy, a nie głaszcze po głowie, gdy widzi, że ukochana osoba błądzi. I czasem zsyła wichurę, by te pewne siebie, przemądrzałe drzewa sprowadzić do parteru i podstaw, żeby zamiast prężyć się przed innymi, trochę spokorniały i zastanowiły się co robią z życiem. Co one z tą opcją zrobią – należy do nich.

Warto mieć to w głowie zwłaszcza teraz, kiedy ludzie, których traktujemy jako autorytety, których podziwiamy i z ust których spijamy każde słowo, z różnych przyczyn, nagle odsuwają się od wcześniej wyznawanych wartości. Zaczynają grać w innej drużynie niż my. I jeśli mamy obok siebie jakieś duże drzewo i czujemy się przy nim jak trzcinka, to zastanówmy się, czy tego drzewa od środka nie zjadają robaki. Bo może tu potrzeba dobrego dendrologa. Albo faktycznie wichury, która to w pył rozniesie. Albo jednego i drugiego, wszystko, byleby przestać biec w kierunku pędzącego pociągu twierdząc, że na bank wyhamuje w ostatniej chwili.

Nie chodzi o usprawiedliwianie się. Trzeba w końcu stanąć w prawdzie z samym sobą i zapisać się na porządne odrobaczenie, bo bez tego lepiej nie będzie. Zostawiam Was z tym. Bez odbioru.

P.S. A w kolejnym wpisie opowiem, dlaczego księża są jak żubry.


Przejdź do ćwiczenia duchowego
Zuzanna Maleta

Zuzanna Maleta

W radio robię dźwięk, w życiu robię zamieszanie, więc w sumie na jedno wychodzi. Kiedyś w Ruchu Światło-Życie, teraz bardziej jednak po prostu w ruchu, bo sporo jeżdżę po Warszawie, którą lubię pokazywać ludziom.