fbpx

Duchowość

Uwierzyć nadziei wbrew nadziei

3 tygodnie temu

Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.
(Ps 23, 4)

Abraham, Mojżesz, Jakub, Józef i inni, których spotykamy na kartach Pisma Świętego, ale również święci, na których wskazuje nam Kościół – co ich charakteryzowało, co łączyło, co sprawiło, że niejednokrotnie zostawiali wszystko i szli w nieznane, stając się często głupimi w oczach świata, tylko dlatego, że nie płynęli z jego nurtem? Wpatrując się w nich, widzimy ogromną wiarę, nadzieję, zaufanie do Boga i w Jego Słowo; wiarę w żywego Boga obecnego na co dzień w ich życiu.

Abraham… Dziś powiedzielibyśmy 75-letni starzec, któremu bliżej już do śmierci niż do zaczynania nowego życia, słyszy głos Boga:  “Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem”. (Rdz 12, 1-2) Abraham zrobił coś niezrozumiałego, wręcz powiedzielibyśmy głupiego. Bo jak inaczej nazwać człowieka, który w tym wieku decyduje się wraz z bliskimi i całym dobytkiem wyruszyć w daleką niebezpieczną drogę? Aby jeszcze tego było mało, ten żyjących w innych realiach niż my, bezdzietny “dziadek”, uwierzył w to, że zostanie ojcem mnóstwa narodów, że jego potomstwo będzie liczne jak piasek morski i jak gwiazdy na niebie. Wiara i zaufanie pozwoliły Abrahamowi uwierzyć nadziei wbrew nadziei. Po długiej wędrówce, gdzie zapewne był niejednokrotnie sam przeciw wszystkim, osiadł w Kanaanie. Tu również przyszedł na świat jego upragniony syn Izaak. Wydawałoby się, że Abraham doszedł do celu, lecz prawdziwy sprawdzian jego wiary, ufności i nadziei miał dopiero nadejść. Bóg nakazał Abrahamowi zrobić coś, co dla wielu jest nieludzkie, wbrew miłości, coś po prostu koszmarnego. Otóż ten sam Bóg, Który wprowadził go do Kanaanu, Który obiecał mu liczne potomstwo, teraz domaga się ofiary z ukochanego syna Abrahama, Izaaka. Czy Bóg jest krwiożerczy i nieludzki? Nie, żadną miarą! On w ten sposób sprawdzał wiarę i ufność Abrahama, sprawdzał, czy ten gotów był dla Niego na największe poświęcenie. I Abraham z tego doświadczenia wychodzi zwycięsko, dowodząc Bogu swej wierności, miłości oraz zaufania.

Kolejną postacią Starego Testamentu pełną wiary, ufności i nadziei pokładanej w Bogu jest Józef. Oto ten młody chłopak miewający prorocze sny, umiłowany syn Jakuba, wzbudza zazdrość i nienawiść w oczach swych braci. Powodem jest miłość ojca do Józefa, której nie mogą znieść jego bracia. Czarę złości i nienawiści przelewa sen, o którym Józef opowiada, a z którego wynika, że zarówno oni, jak i ich ojciec, będą mu się kiedyś kłaniać. Nienawiść tak zaćmiewa ich serca i umysły, że postanawiają zabić brata, winę zrzucając na dzikie zwierzęta. Nie doszło na szczęście do tego, Józef zachował życie, lecz bracia pozbyli się go, sprzedając go w niewolę. I tu rozpoczyna się droga wiary, ufności, a zwłaszcza nadziei, którą Józef pokładał w Bogu. Tak po ludzku patrząc, przegrał. Opuszczony przez najbliższych i, zdawałoby się, że przez Boga, oddany zostaje w niewolę. Miał prawo czuć się oszukany, bo oto sny, w których Bóg przeznaczał go do rzeczy wielkich, stały się jakąś ułudą, mrzonką, wymysłem młodego chłopaka. Czy potrafimy choć przez chwilę wczuć się w sytuację Józefa? Jak my zachowalibyśmy się na jego miejscu? Czy nie byłoby z naszej strony szemrania, gniewu, czarnych myśli,  złości i przykrych słów w kierunku Boga? Zapewne tak… Józef jednak nie uległ pokusie złorzeczenia Bogu, jego serce tak zaufało, że gdy minął już tę ciemną dolinę opuszczenia, niewoli, i kłamstw na jego temat, doszedł do celu – stał się jednym z najpotężniejszych ludzi w Egipcie, był w kraju drugą osobą po faraonie. Zaufał Bogu, pozwolił Mu się prowadzić, a Bóg wynagrodził jego wierność i zaufanie, dając mu możliwość udzielenia pomocy swojemu ludowi i swojej rodzinie, gdy dotknął ich głód.

Do Józefa i innych, którzy decydują się służyć Bogu, odnoszą się te słowa z Księgi Syracha:

Synu, jeżeli masz zamiar służyć Panu,
przygotuj swą duszę na doświadczenie!
Zachowaj spokój serca i bądź cierpliwy,
a nie trać równowagi w czasie utrapienia!
Przylgnij do Niego, a nie odstępuj,
abyś był wywyższony w twoim dniu ostatnim.
Przyjmij wszystko, co przyjdzie na ciebie,
a w zmiennych losach utrapienia bądź wytrzymały!
Bo w ogniu doświadcza się złoto,
a ludzi miłych Bogu – w piecu utrapienia
Bądź Mu wierny, a On zajmie się tobą,
prostuj swe drogi i Jemu zaufaj!  
(Syr 2,1-6)

Czy naprawdę potrzebna jest nam taka droga? Bóg kocha i mimo to pozwala na tak traumatyczne doświadczenia? Dlaczego Boże, idąc za Tobą, muszę przygotować swą duszę na ciemności i różne przeciwności życia?

Odpowiedź na to znalazłem w Księdze Hioba, w rozmowie szatana z Bogiem. Bóg chwali Hioba przed szatanem jako człowieka prawego, sprawiedliwego, bogobojnego, unikającego grzechu… Ziemia nie widziała drugiego takiego jak on. Ale szatan odpowiada Bogu: “Czyż za darmo Hiob czci Boga? Czyż Ty nie ogrodziłeś zewsząd jego samego, jego domu i całej majętności? Pracy jego rąk pobłogosławiłeś, jego dobytek na ziemi się mnoży”. (Hi 1,9). I kiedy tak szatan wytykał Bogu to, jak troszczy się o swego wiernego sługę, pozwolił Bóg szatanowi na dotknięcie Hioba nieszczęściem. Stracił Hiob wszystko, co miał, cały majątek swego życia łącznie z potomstwem. Ponownie rzekł Bóg do szatana “Zwróciłeś uwagę na sługę mego, Hioba? Bo nie ma na całej ziemi drugiego, kto by był tak prawy, sprawiedliwy, bogobojny i unikający zła jak on. Jeszcze trwa w swej prawości, choć mnie nakłoniłeś do zrujnowania go, na próżno”. (Hi 2,3) “Na to szatan odpowiedział Panu: Skóra za skórę. Wszystko, co człowiek posiada, odda za swoje życie.  Wyciągnij, proszę, rękę i dotknij jego kości i ciała. Na pewno Ci w twarz będzie złorzeczył. I rzekł Pan do szatana: Oto jest w twej mocy. Życie mu tylko zachowaj!” (Hi 2,4-6)

Pokryty trądem Hiob siedział na kupie gnoju. Czy można być jeszcze bardziej doświadczonym przez los? A mimo to Hiob trwał przy Bogu. Jego własna żona namawiała go do złorzeczenia Bogu, przekonywała go, że teraz to już tylko śmierć i oby umarł jak najprędzej. Jego przyjaciele dowodzili mu, że zgrzeszył wobec Boga i dlatego został przez Niego dotknięty nieszczęściem i odrzucony. Lecz Hiob przekonywał swoich bliskich: “dobro przyjęliśmy z ręki Boga, czemu więc zła przyjąć nie możemy?” (Hi 2, 10) Hiob nie był twardzielem przyjmującym cierpienie w milczeniu i bez skargi, lecz  one w jego ustach przerodziły się w modlitwę, w szczerą mowę do Boga, w której był żal, niezrozumienie, bezsilne łzy, lecz nie było złorzeczenia. Hiob nie wiedział dlaczego cierpi, ale wierzył, że Bóg ma w tym jakiś ukryty, słuszny cel. Z pokorą przyjął swoje doświadczenie i mimo niego wierzył i pokładał nadzieję w Bogu.

Łatwo nam mówić o wierze, nadziei, miłości i ufności Bogu, gdy wszystko nam się układa, gdy świat się do nas uśmiecha, niczego nam nie brakuje, a czego byśmy się nie dotknęli, przynosi nam korzyści i radość. Fajnie gdy jesteśmy zdrowi, piękni i młodzi, nic nam nie dolega, wtedy Bóg jest cool. Niestety zmienia się to, gdy dotyka nas nieszczęście, choroba, gdy nam się nie wiedzie, nic nie idzie po naszej myśli, zaczynamy wtedy tracić wiarę, gubimy ufność, powoli tracimy nadzieję. I właśnie wtedy spójrzmy na Hioba – stracił wszystko, ale nie stracił Boga. A Bóg, choć pozornie nieobecny w cierpieniu Hioba, nie pozwolił, aby wiara i nadzieja w Hiobie umarły. W trudnych doświadczeniach Bóg uczy nas, abyśmy umieli przylgnąć do Niego w każdym czasie i we wszystkim, co nas w życiu spotyka.

Nieraz, zanim ruszymy za głosem wołającego nas Boga, ociągamy się, boimy się, że nie damy rady, wręcz szukamy różnych wymówek typu: “ja nie dam rady”, “to nie dla mnie”, “a co inni powiedzą”, “to nie na moje siły”. Nie ufamy Bogu, że nas poprowadzi po drodze, na którą nas zaprasza. Doskonałym tego przykładem jest Mojżesz. Ten uratowany przed śmiercią w dzieciństwie, wychowany przez córkę faraona, zbiegły do kraju Madian zabójca Egipcjanina, został powołany przez Boga, aby wyprowadzić naród Izraela z niewoli. Nie za bardzo mu się chyba ten pomysł spodobał, bo pierwszą jego odpowiedzią było: “Kimże jestem, bym miał iść do faraona i wyprowadzić Izraelitów z Egiptu?” (Wj 3,11)  Dalsza rozmowa z Bogiem to było szukanie wymówek, byle tylko nie iść. “Rzekł Mojżesz do Pana: Wybacz, Panie, ale ja nie jestem wymowny, od wczoraj i przedwczoraj, a nawet od czasu, gdy przemawiasz do Twego sługi. Ociężały usta moje i język mój zesztywniał». Pan zaś odrzekł: «Kto dał człowiekowi usta? Kto czyni go niemym albo głuchym, widzącym albo niewidomym, czyż nie Ja, Pan? Przeto idź, a Ja będę przy ustach twoich i pouczę cię, co masz mówić».Lecz Mojżesz rzekł: «Wybacz, Panie, ale poślij kogo innego». I rozgniewał się Pan na Mojżesza, mówiąc: «Czyż nie masz brata twego Aarona, lewity? Wiem, że on ma łatwość przemawiania. Oto teraz wyszedł ci na spotkanie, a gdy cię ujrzy, szczerze się ucieszy. Ty będziesz mówił do niego i przekażesz te słowa w jego usta. Ja zaś będę przy ustach twoich i jego, i pouczę was, co winniście czynić. Zamiast ciebie on będzie mówić do ludu, on będzie dla ciebie ustami, a ty będziesz dla niego jakby Bogiem. A laskę tę weź do ręki, bo nią masz dokonać znaków»”. (Wj 4,10-17) Mimo początkowych oporów poszedł jednak Mojżesz za głosem Pana, miał bardzo trudne zadanie i trudną drogę przed sobą. Musiał borykać się nie tylko z faraonem, który nie chciał wypuścić Izraelitów z Egiptu, ale już po udanym wyjściu z niewoli musiał zmagać się z niezadowoleniem i narzekaniem swoich rodaków; z ich odstępstwem, gdy wiarę w Pana Zastępów zamienili na oddawanie czci złotemu cielcowi a nawet z konfliktem z własnym rodzeństwem. Mojżesz może nie do końca pasuje do wyżej opisanej trójki, a to z tego powodu, że w pewnym momencie swej wędrówki sam zwątpił, nie objawiając Izraelowi świętości Boga. Od wielu lat tak był przyzwyczajony do laski, którą dokonywał cudów, że gdy na rozkaz Boga miał przemówić do skały, aby wypuściła z siebie wody, nie zrobił tego uderzając w tę skałę dwukrotnie laską. Woda oczywiście wypłynęła, ale Mojżesz zwątpił, ufając bardziej kawałkowi drewna niż Słowu Boga. To właśnie Mojżesz pokazuje nam, aby w wędrówce za Bogiem nie pokładać nadziei w niczym, co Nim nie jest, czy jest to rzecz materialna, czy wiara we własne siły.

Wydawać by się mogło, że najłatwiej mieli ci, którzy towarzyszyli Jezusowi w Jego ziemskiej wędrówce. Nic bardziej mylnego, oni mieli chyba najtrudniej. Nie mieli tej wiedzy o Mistrzu, jaką my mamy teraz. Szli na ślepo za Nim, widzieli cuda, których dokonywał, słuchali Jego słów, choć dla wielu trudna i niezrozumiała była Jego mowa. Oni byli jak ziarno, które najpierw trzeba było przygotować do zasiewu, a które musiało obumrzeć, aby mogło przynieść obfite plony. Szli za Mesjaszem, a On przygotowywał ich jak zaczyn, który zakwasić ma chlebowe ciasto. Ich prawdziwa droga przez ciemną dolinę dopiero miała się zacząć, i choć początkowo po wydarzeniach z Ogrójca czy Golgoty, poddali się rozpaczy, zwątpieniu, a nawet, jak Piotr, wyparciu się znajomości z Jezusem, to jednak dzień pięćdziesiątnicy był dla nich dniem, w którym ich wiary, nadziei i zaufania nic nie było w stanie zniszczyć, nawet męczeńska śmierć. Tak oto krew męczenników stawała się zasiewem nowych chrześcijan, ludzi którzy nieraz bardzo skrzywdzeni i poranieni przez codzienność, rzucali wszystko i wyruszali w nieznane za głosem Boga. Byli to grzesznicy tacy sami jak my, ludzie po różnych życiowych burzach. Najbardziej znanym przykładem jest Paweł z Tarsu. Ten który uczestniczył w ukamienowaniu Szczepana, który prześladował uczniów Jezusa, stał się nagle apostołem pogan i oddał życie za Tego, Którego swego czasu wręcz nienawidził.

Na przestrzeni dwóch tysięcy lat Kościół pełen był takich Bożych zapaleńców. Nie byli to jacyś słodcy, polukrowani ludzie. Oczywiście, że zdarzali się tacy, których codzienne życie od kołyski było czyste, niewinne i oddane Bogu, ale często to byli ludzie, których balibyśmy się spotkać w ciemnym zaułku ulicy, a którzy mimo swych słabości zostawiali swoje dotychczasowe życie i szli z wiarą, w ciemno, za głosem Pana, swoją ufność i nadzieję pokładając w Bogu. Są oni dla nas przykładem i wzorem, a także potwierdzeniem, że warto iść przez ciemną dolinę ze wzrokiem utkwionym w Jezusa, który czeka na nas przy końcu tej drogi. Nadzieja pokładana w Bogu nigdy nas nie zawiedzie.


Mariusz Żmuda

Mariusz Żmuda

Jestem osobą świecką, fascynuje mnie duchowość Karmelu i osoba św. Tereski. W swojej codzienności: w małżeństwie, w pracy zawodowej i w relacjach z innymi ludźmi staram się realizować Jej “Małą Drogę”. Pociąga mnie styl życia wyrażający się w duchowej postawie Marty i Marii z Betanii. Interesuję się także misjami, zwłaszcza tymi prowadzonymi przez moich przyjaciół oo. Werbistów.