fbpx

Duchowość

Prosty pocałunek w czoło

4 tygodnie temu

Jakiś czas temu widziałam w internecie ciekawy eksperyment. Dwoje obcych ludzi dostawało listę trzydziestu sześciu pytań, na które mieli sobie wzajemnie odpowiedzieć, po czym mieli patrzeć sobie w oczy bez słowa przez cztery minuty. Po tym badaniu mieli stać się sobie bliscy, a nawet zakochać się.

Na początku pomyślałam, że jest to kolejna głupota z internetu, ludzie do filmiku pewnie byli wynajęci, a całość nie ma racji bytu, ponieważ jak to? Zakochać się w kimś, kogo imienia jeszcze przed godziną się nie znało? Lecz później dotarło do mnie, że w tym szaleństwie jest metoda i że tak naprawdę to może działać. Jak? Już tłumaczę.

Bardzo lubię Adorację. Lubię czasem się na nią wyrwać w ciągu dnia, szczególnie że tuż obok mojego biura jest kościół i zawsze mogę wpaść na nią, na przykład w czasie obiadu. Lubię, gdy w każdy pierwszy piątek miesiąca moja wspólnota się na niej gromadzi. Lubię zwłaszcza, gdy jest cicha, bez zagłuszania jej śpiewami, instrumentami, spontanicznymi modlitwami czy innymi dodatkami. Adoracja jest dla mnie wyjątkowym spotkaniem z Bogiem, takim w którym nie ma potrzeby, żeby się spieszyć, nie ma potrzeby by dużo mówić, po prostu się jest – z całą swoją biedą, radością, zmęczeniem. Lubię, tak jak ten człowiek z opowieści o św. Janie Marii Vianney’u, patrzeć na Niego i pozwalać Mu patrzeć na siebie. Bez zbędnych słów. Dokładnie tak samo jak badane pary.

Jednak, żeby umieć przeżyć czas Adoracji w ciszy, wymagało to ode mnie lat budowania relacji i bliskości z Bogiem. Wymagało i nadal wymaga wielu rozmów, poznawania się. Zadawania pytań i wspólnego szukania odpowiedzi. Uczestnicy badania do tego potrzebowali listy zagadnień, ja potrzebowałam Pisma Świętego i mądrych ludzi obok do pomocy, ale ostatecznie cel jest ten sam – zbliżyć się. Zaufać. Otworzyć się.

Podobnie jest w przyjaźni – z czasem słowa przestają być potrzebne. Ważna jest obecność drugiej osoby, to że weźmie nas za rękę w ciężkiej chwili, przytuli, czy że będzie siedzieć gdzieś niedaleko i po prostu z nami być. Zaczynamy wiedzieć, co jest w stylu tego drugiego, co lubi, a czego nie. Dajemy sobie przestrzeń, wolność, ale jednocześnie nie oddalamy się. W końcu jesteśmy w takim momencie, że doskonale wiemy, kiedy zakłada maskę, mówiącą “wszystko u mnie w porządku”, a kiedy jest naprawdę szczęśliwy, chociaż nie mówi ani słowa.

I w przyjaźni, i w relacji z Bogiem, chodzi o otwarcie swojego serca, o dążenie do bliskości. Jednak czym ta bliskość jest? W Kościele często słyszymy, że “Bóg jest Miłością”, na różnych konferencjach dla kobiet, że to Bóg jest “Tym Jedynym”, Którego wiele z nas szuka, natomiast w Oazie powtarzamy zawzięcie, że nasz Bóg jest bliski, że chce z nami relacji. A nawet nie z nami! Nie chce relacji z tłumem, tylko indywidualnej – ze mną. Chce, żebym Mu ufała i pozwoliła Mu być Tym, Który bierze mnie za rękę, doprowadza do porządku, kiedy ze mną źle i do Którego nie boję się iść z tym, co mnie gryzie. On chce być ze mną w jeszcze większej zażyłości niż mój najlepszy przyjaciel. I to jest chyba odpowiedź. Bliskość to relacja. To intymność, na którą można sobie pozwolić tylko z kimś, komu się ufa. To nie chwilowe zauroczenie, które minie równie szybko jak przyszło, tylko prawdziwa gotowość do miłości, mówiąca “zniosę wszystko, co mi powiesz, przyjmę wszystkie twoje ułomności, ze mną jesteś bezpieczny”.
Trudne do wykonania, prawda?

Bliskość to też to, w jaki sposób ja odnoszę się do mnie samej. Czy powtarzam sobie, że jestem niewystarczająco dobra? Za głupia, za niska, za wysoka? Czy może jednak wybieram wobec siebie samej spojrzenie pełne miłości? Takie, które mówi, że to kim jestem, to wcale nie jest za mało. Że nie muszę się na siłę zmieniać, przebierać w krótkie, cekinowe spódniczki, żeby zasłużyć na miłość i uwagę. Które sprawia, że nie torturuję się wymyślnymi dietami cud i że nie rzucam się w ramiona pierwszego chłopaka, który na mnie spojrzał i raczył się pochylić. Bliskość, to godność.

Z okresu dzieciństwa mam wiele wspomnień. Pamiętam wspólne wakacje z rodziną, moje upadki z huśtawki, pierwszy rower z napędem na cztery koła czy moją pierwszą poważną, kobiecą torebkę w motylki, którą z największą dumą, na jaką tylko stać pięciolatkę, nosiłam na szyi, niczym najbardziej ozdobną kolię. Pamiętam, jak zmarł mój dziadek i pamiętam rodzinne grille na działce. Bieganie po osiedlu, wyścigi na hulajnogach i jak z kuzynką skakałyśmy przez moje hula-hop, udając lwy z cyrku. Ale pamiętam też bardzo wyraźnie jedną rzecz – to jak któregoś dnia tata na pożegnanie pocałował mnie w czoło. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy było to jednorazowe wydarzenie, czy robił to częściej, ale wyraźnie pamiętam ten jeden moment, w którym czułam się bezpieczna, kochana i chciana. Była w tym akceptacja, troska i przede wszystkim bliskość. Być może dlatego teraz tak ważne są dla mnie Adoracje – ponieważ są dla mnie jak ten prosty pocałunek w czoło, który nie próbuje mnie rozebrać z mojej godności, a w troskliwy sposób nakłada mi na ramiona płaszcz, bym nie zmarzła.

Wielokrotnie w życiu słyszałam, że wiara to prywatna sprawa, jednak nie umiem na to spojrzeć w ten sposób, ponieważ z tej pozornie “prywatnej sprawy” wynika to, jak traktujemy innych i jak traktujemy siebie. Nasza relacja z Bogiem rozlewa się na każdy aspekt naszego życia – na związek, na szkołę, na pracę. Nie da się jej zamknąć w czterech ścianach kościoła. Jezus przyszedł po to, żebyśmy mogli na własne oczy zobaczyć jak dobry jest Pan – że chce osobiście rozmawiać, poznawać się i być tu i teraz z każdym z nas. Nie chce być obojętny i nie chce obojętności. Pozwól Mu wejść do swojego życia, daj pocałować się w czoło i zobacz, jak to jest być w prawdziwej bliskości.


Zuzanna Maleta

Zuzanna Maleta

Wychowałam się w formacji Ruchu Światło-Życie, gdzie jestem do tej pory. Zawodowo pracuję w korporacji, natomiast prywatnie w wolnych chwilach opowiadam ludziom o historii warszawskiej architektury.