Duchowość

Bitwa o modlitwę

1 miesiąc temu

Przez większość życia modlitwa kojarzyła mi się z jednym słowem… nuda. Klepanie paciorków pozbawione jakiegokolwiek celu. Z głębokim politowaniem patrzyłem na tych, którzy próbowali nakłonić mnie do modlitwy, przedstawiając kolejne formy koronek czy litanii. Sytuacja zmieniła się, gdy zatęskniłem za czymś więcej w swoim życiu. Czymś nie mającym nic wspólnego z kasą, pracą, sportem czy kolegami.

Przeszedłem przez kilka form modlitwy. Jedne poznałem lepiej, inne trochę gorzej. Nie to jest jednak istotne w tej chwili. Gdy wróciłem do modlitwy, myślałem, że to będzie prostsze, że teraz będzie mi łatwiej. Mam przecież wsparcie kogoś, kto oddał za mnie życie, umierając na krzyżu. I tak też było… na początku. Przyszedł jednak czas, kiedy miałem modlitwy serdecznie dość. Chciałem rzucić ją w cholerę i nigdy nie wracać.

Po włączeniu duchowości do codziennego funkcjonowania było super. Radość i emocje, które rozpalają człowieka od środka, wydawały się nie mieć końca. Przyszedł jednak czas absolutnie jałowy. Krok po kroku modlitwa przestawała być tą radością, którą była. Aż do momentu, w którym irytowała. Stawała się obowiązkową kulą u nogi, którą trzeba przeciągnąć przez plan dnia. Doszedłem do momentu, w którym stanąłem przed Najświętszym Sakramentem i powiedziałem, że mam dość. Nie chcę już tego. Boże, weź to sobie, jeśli tego potrzebujesz.

Minęło kilka dni bez modlitwy i zauważyłem brak. Brak czegoś, co jeszcze kilka dni temu tak bardzo mnie irytowało. Dobrze, że mam wokół siebie ludzi, z którymi mogłem porozmawiać o dręczącym mnie problemie. To oni podsycili kiełkujące ponownie pragnienie. Wieczorem wyciągnąłem Pismo Święte i zacząłem czytać.

Czyż ci nie rozkazałem? Nie bój się i nie lękaj, ponieważ z tobą jest Pan, Bóg twój, wszędzie, gdziekolwiek pójdziesz.
(Joz 1, 9)

I kilka jeszcze innych podrzuconych przez dobrych ludzi cytatów skutecznie przyciągnęło mnie do Słowa Bożego.

Nie jestem wolny od kryzysów wiary, choć bardzo bym chciał, żeby tak było. Nie jestem wolny od walki o każdą minutę modlitwy. Nie jestem wolny od odpowiedzialności za budowanie relacji z największym przyjacielem. Boże, widzisz, że robię, co mogę… do Ciebie należy reszta.


Marcin Kaczmarczyk

Marcin Kaczmarczyk

Przez większość życia, z własnego wyboru, poza Kościołem, wiarą i Bogiem. Kilka lat temu wróciłem i uczę się życia z Nim. Biorę od Niego pełnymi garściami: nadzieję, motywację i siłę do wstawania z kolan, gdy upadnę. Po za tym piszę. A to moje dzieci: Bóg ma 20 lat, Charyzmatyk z Nazaretu, Biblia nie gryzie oraz powieść Strażnicy Raju.