Minął właśnie kolejny tydzień nowego roku, a już na palcach obu rąk mogę policzyć osoby, które “dają sobie spokój z postanowieniami noworocznymi”. Mówiąc bardziej wprost – dają za wygraną. Też miałam tak nie raz, i nie dwa. Ale w tym roku miałam tylko jedno postanowienie – niczego sobie nie postanawiać. Jeśli udało mi się poznać choć trochę lepiej Jezusa w ostatnim czasie, to nauczyłam się tego, że On lubi, gdy zostawiam dość szeroki margines na Jego pomysły, na Bożą spontaniczność. Naprawdę, podróżowanie z Jezusem to przygoda! Pewnie, że trzeba pewne rzeczy wziąć pod uwagę, pewne rzeczy zaplanować czy postanowić. I nikt nie mówi, a z pewnością nie On, że nie mamy nad sobą pracować. On bardzo lubi, gdy podejmujemy wysiłek stawania się lepszymi. Tylko czy w postanowieniach nowo-rocznych naprawdę o to chodzi? I po co czekać do  1 stycznia – jeśli jest coś, co chcesz zmienić w życiu, zacznij to zmieniać dziś, teraz, natychmiast!

Święta, święta i po świętach! Nowy Rok… i nic się nie zmieniło!
Nie pamiętam, ile razy w ciągu ostatnich dni to słyszałam, żeby nie powiedzieć ile razy w ciągu ostatnich lat! Czas świąteczno-noworoczny, który powinien ładować nasze duchowe akumulatory, zostawia większość ludzi skrajnie wyczerpanymi. Tyle zachodu, tyle pracy i przygotowań, a później człowiek pada na twarz. Może Ty też tak masz? To tylko dwa dni świąt… To tylko jedna noc… i powrót do szarej rzeczywistości. I często niezadowolenie. Bo święta nie wypadły tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Bo rodzina nie stanęła na wysokości zadania. Bo prezenty nietrafione. Bo pogoda nie taka. Bo choinka brzydka. Bo śnieg zamiast się skrzyć, topi się i jest paskudna chlapa. Bo zabrakło urlopu na przed- lub po-świąteczny czas. Bo  nie zdążyłaś wyprać firanek albo zrobić prezenty DIY dla wszystkich. Bo Sylwester/Nowy Rok przypadły w weekend, więc nici z dodatkowych paru wolnych dni. Bo już na starcie nowego roku ulotnił się zapał do walki o swoje noworoczne postanowienia. Bo miało być takie Woooow!… a wyszło jak zwykle. Jak to się dzieje, że coraz więcej osób nie odczuwa radości tych dni? Kiedy się tak porobiło, że “jak zwykle” oznacza “beznadziejnie”? I co zrobić, aby nie było “jak zawsze”, ale żeby się w końcu coś (w nas) zmieniło na dobre?

Przyjęło się w ludziach takie myślenie, że kolejne święta i kolejny nowy rok, to kolejna szansa na doskonalenie się w doskonałości. Tak bardzo skupiamy się na tym, że musi być idealnie! To samo mówią najpopularniejsze postanowienia noworoczne. Żegnamy stary rok z westchnieniem ulgi, bo pełen jest naszych porażek i niedotrzymanych postanowień, patrząc z nadzieją w nowy rok, jeszcze nie zapisany i nie pokreślony przez życie, które weryfikuje wszelkie plany i postanowienia. W tym roku na pewno…! I najczęściej już po paru dniach, góra paru tygodniach, wiemy, że nic z tego. A czy nie stawiamy sobie zbyt wysoko poprzeczki i czy nie przywiązujemy zbyt dużej wagi do spraw, które nie powinny być dla nas celem samym w sobie? Czy naprawdę w życiu chodzi tylko o to, żeby gubić dodatkowe kilogramy? Albo szlifować umiejętności, co do których nie mamy predyspozycji? Czy uszczęśliwi nas stawanie się kimś zupełnie innym? Czy lepszy wygląd, nowe skille, nowe rzeczy w posiadanie których wejdziemy, zapełnią tą pustkę, którą nosimy w sercu?

Nie zrozum mnie źle – praca nad sobą to nic złego! O ile podejmujemy wysiłek pracy nad sobą z właściwą intencją. Bo chcemy się zmienić dla swojego dobra, i w konsekwencji dobra naszych najbliższych. Nikt też nie przeczy, że pewne zmiany wymagają czasu, systematyczności i konsekwencji, więc jeśli pracujesz nad czymś dłuższy czas, nie zniechęcaj się, niektóre zmiany następują na przestrzeni lat, a nie dni czy tygodni. Nie chodzi przecież o to, żeby stać w miejscu albo obracać się w towarzystwie wzajemnej adoracji. Sam Bóg patrzy z radością na wszystkie dobre zmiany, które wprowadzamy w naszym życiu i cieszy Go nasze pragnienie bycia lepszymi. Ale dobre zmiany naprawdę powinny wnosić radość w życie, a nie frustrację i zniechęcenie. A te biorą się z tak naprawdę bardzo prostego mechanizmu – bardzo często funkcjonujemy na zasadzie porównywania się. Nieustannie porównujemy się do innych. Robimy to mniej lub bardziej świadomie i dotyczy to bardzo szerokiego wachlarza spraw – od wyglądu, przez posiadanie różnych rzeczy, status zawodowy, status materialny, zdrowie, relacje rodzinne i dalsze relacje interpersonalne. Bardzo często chcemy zmiany, która nie tyle ma nam pomóc stać się lepszym, ale kimś zupełnie innym w myśl przysłowia, że po drugiej stronie ogrodzenia trwa jest bardziej zielona. Zapominamy o sobie, przestajemy doceniać to, kim jesteśmy przez to, że jesteśmy jedyne w swoim rodzaju. Tak, to jest taka cienka granica – pomiędzy tym, gdzie zmiana jest dla nas dobra i potrzebna, a pomiędzy bezsensownym wysiłkiem stawania się kimś zupełnie odmiennym. Warto się zapytać: co mi ta zmiana ma przynieść, co ma poprawić w moim życiu, samopoczuciu czy relacji z innymi osobami?

Co tak naprawdę chcesz, żeby się zmieniło? I dlaczego? Co sprawia w Twoim życiu tę pustkę, czym próbowałaś ją zapełnić i dlaczego nie poskutkowało? Czym – a może Kim – jeszcze nie próbowałaś tej pustki zapełnić? Ale tak na serio, bez żadnych półśrodków, może wypłyń w końcu na tę głębię i zacznij chodzić po wodzie, zamiast siedzieć nad brzegiem i moczyć nogi w mętnej od przybrzeżnego mułu płyciźnie. Chcesz dopłynąć do nowego lądu, to odbij w końcu swoją łódkę od starego brzegu! Zastanów się, która z tych rzeczy, na których tak się skupiasz, jest Ci naprawdę, bezwzględnie, do szczęścia potrzebna i czy rzeczywiście może dać Ci szczęście. Zaakceptuj siebie i naucz się siebie kochać – pamiętaj, że Pan Jezus przykazał kochać bliźniego, jak siebie samego! Jeśli więc chcesz kochać dobrze, zacznij od pokochania siebie (nie myląc z miłością własną). Zaczerpnij miłość od Tego, Który jest Miłością, aby móc nią obdarowywać innych. Nadaj rzeczom w swoim życiu właściwą wartość, niech będą one środkiem do celu, a nie sensem samym w sobie. Zadbaj o równowagę, znajdź czas dla siebie, dla innych i dla Boga – niekoniecznie w tej kolejności. Nie pobłażaj sobie za bardzo, ale i nie bądź dla siebie surowym sędzią. Nie wierz w to, że Twoja przeszłość wskazuje kierunek Twojej przyszłości. Nie daj sobie wmówić, że nie możesz się zmienić, ale nie zmieniaj się pod czyjekolwiek dyktando. Nie staraj się przez te zmiany upodobnić do kogoś, chyba, że do Jezusa – bo gdyby Bóg chciał, żebyś była jak ta czy inna osoba, to by Cię taką stworzył!

A może, tak dla odmiany postanów sobie, że będziesz szczęśliwa z tym, co masz, pielęgnuj wdzięczność równolegle do zdobywania nowych rzeczy, pielęgnowania relacji i wprowadzania dobrych życiowych zmian? Jeśli myślisz, że już za późno na robienie postanowień, to chcę Ci powiedzieć, że dobre zmiany nie muszą czekać na specjalną okazję. Przecież nie będziesz czekać znowu cały rok, aby zrobić dla siebie coś dobrego!