Wielki Post jest dla mnie szczególnym czasem – czasem doświadczalnego Miłosierdzia, czasem ładowania duchowych akumulatorów. Kiedyś kojarzył mi się głównie z samymi zakazami i umartwieniami, umykała mi jednak głębia ich sensu, dlatego był to czas bezowocny, monotonny i dłużący się. Rezygnowałam z jedzenia słodyczy, mięsa czy wypicia kieliszka wina, ale nie prowadziło mnie to do niczego konstruktywnego. Kiedyś Wielki Post był dla mnie jak dieta – po jakimś czasie brakowało motywacji, by wytrzymać, zwłaszcza, gdy nie widać było efektów, podejmowałam wyrzeczenia, przy których czasami byłam wprawdzie w stanie wytrwać przez cały okres czterdziestu dni, ale na których koncentrowałam się tak bardzo, że relacja z Bogiem schodziła na dalszy plan, odliczałam dni do końca Postu i czułam rosnącą satysfakcję z każdego kolejnego dnia, kiedy nie zjadłam ciastka, ale też frustrację wobec dni, które jeszcze pozostały do końca. Mówiąc wprost – to wszystko prowadziło mnie donikąd.
Z czasem zrozumiałam, że post ma być mostem do celu, a nie celem samym w sobie. A celem każdej praktyki religijnej powinno być zbliżanie się do Boga. Jestem przekonana, że moje nie zjedzenie ciastka czy kotleta wcale się Bogu nie podobało, bo wtedy nie było to umartwienie podjęte z intencją duchowego rozwoju.

Dostałam wczoraj wiadomość od koleżanki z pytaniem: z czego rezygnujesz w tym roku – kawa, słodycze, mięso? Bardzo się zdziwiła, gdy odpisałam, że na tegoroczny Wielki Post znowu nie podejmuję jakiegoś wielkiego żywnościowego wyrzeczenia. Owszem, zamierzam i takie umartwienie w czasie tych nadchodzących czterdziestu dni podejmować, ale nie na zasadzie priorytetu. Co Bogu po tym, że nie zjem cukierka, którym poczęstuje mnie we wspólnocie solenizant obchodzący urodziny, jeśli nie potrafiłabym się powstrzymać np. od plotkowania? Czy taki post naprawdę może się Bogu podobać?

Znam takie osoby, które rzeczywiście przez czterdzieści dni ostro poszczą. Żadnych łakoci. Żadnego mięsa. Ani kieliszka alkoholu. Ani grama wędliny czy żółtego sera. Zero kawy, herbaty, soków. Bardzo lubią deklarować głośno swoje wielkopostne postanowienia, bardzo energicznie protestują wobec jedzenia słodyczy w Wielkim Poście. A następnie obgadują innych za plecami, donoszą na koleżanki/kolegów z pracy, okazują fałszywą przyjaźń podczas gdy wbijają komuś nóż w plecy. Pewnie, nie każdy kto pości od słodyczy w Wielkim Poście, tak postępuje. To zdecydowanie skrajne przypadki, ale wcale nie takie rzadkie, jakbyśmy mogli się spodziewać. Sama ze wstydem przyznaję, że kiedyś wiele lat nosiłam w sercu brak przebaczenia wobec pewnych osób, jednocześnie zawzięcie unikając czegoś słodkiego w Wielkim Poście. Nawet się kiedyś pokłóciłam ze znajomą, którą próbowała namówić mnie na gorącą czekoladę. A gdy Wielki Post się kończył… nic się nie zmieniało. W praktyki wielkopostne wpisana jest niezmierna mądrość Boga przelana na Jego Kościół.

Post naprawdę może nam pomóc zmienić wiele rzeczy! Zanim jednak zmieni się cokolwiek w naszym życiu, najpierw post musi zmienić coś w naszym sercu, w naszym sposobie myślenia i postępowania. Post powinien wzbudzić w nas głód Boga na miarę głodu fizycznego za tym, czego sobie odmawiamy. Ma nas nauczyć tęsknić za Bogiem, a nie za krówką czy schabowym. Może też być ofiarą uczynioną w jakiejś intencji, ale jednocześnie podjętą z czystą intencją własną. Moje dawne Wielkie Posty wcale takie nie były, dlatego czas Wielkiego Postu był kiedyś dla mnie drogą przez mękę, zupełnie bezsensowną, bo nie wynikało z niej nic dobrego.

Pan Jezus zaczął swoje publiczne nauczanie od bardzo radykalnego, czterdziestodniowego postu. Było to jednak tylko preludium do tego, co miał wykonać. Współcześnie czterdzieści dni postu to taki “wyrzeczeniowy maraton”. Biegniemy, każdy kolejny dzień, niczym kolejny przebiegnięty kilometr, przybliża nas do mety, a kiedy do niej docieramy, zamiast pracować dalej nad swoją formą, wracamy do punktu wyjścia. Nie da się utrzymać wysokiej duchowej formy podejmując wyzwanie raz w roku. Nie da się też zbudować duchowej formy regularnie nie ćwicząc, regularnie nie unikając tego, co nam szkodzi, regularnie nie próbując pokonać własnych słabości.

Każdy kolejny Wielki Post to szansa na udoskonalenie własnej duchowej formy. Na pokonanie duchowego kryzysu, na pogłębienie relacji z Bogiem, na udoskonalenie modlitwy, na eliminację tego, co nam szkodzi – nie tylko na te czterdzieści dni, ale na stałe. Wielki post to tak naprawdę szansa na wielki postęp we własnej duchowości, w życiu, w relacjach z innymi ludźmi. Jak duży będzie to postęp, w dużej mierze zależy od nas samych; od tego na ile nasze wielkopostne umartwienia otworzą nasze serca na działanie Bożej łaski. Samo niejedzenie słodyczy przez czterdzieści dni może sprawić, że ubędzie parę centymetrów w biodrach, ale warto zadać sobie pytanie: na ile ubytek tych centymetrów przybliża mnie do Tego, Który oddał za mnie życie na Krzyżu? Bo przecież o Niego w Wielkim Poście chodzi najbardziej. To On ma być w jego centrum, a nie ciastko z kremem…