Jak śpiewała niegdyś Anna Jantar: „Najtrudniejszy pierwszy krok”. Trudno się z nią nie zgodzić także i teraz, kiedy zasiadam do pierwszego blogowego wpisu na tym blogu. Choć przez lata prowadziłem kiedyś swojego prywatnego bloga, to czuję się teraz trochę tak jak aktor, który ma za chwilę zagrać na scenie teatru po raz pierwszy. Uczucia i myśli, jakie mi towarzyszyły podczas pisania tego wpisu „na brudno” sprawiły, że odstawiłem klawiaturę na bok. Zgasiłem światło i poprosiłem Ducha, żeby to on mnie nawigował, żeby użył moich rąk do napisania słów, które będą stawiać mnie na drugim miejscu – za Nim. Uśmiecham się do siebie czytając te słowa, bo gdyby ktokolwiek powiedział mi kiedyś, że będę się starał iść za Bogiem, po prostu bym go wyśmiał…

 

Dorastałem w rodzinie, której nie można raczej określić mianem godnej naśladowania. Od wielu lat był w niej obecny alkohol i przemoc, więc ja i moje rodzeństwo nie mogliśmy powiedzieć o tym, że czuliśmy się bezpieczni i kochani. Rodziciele nie myśleli o tym, czy mamy w co się ubrać, czy jesteśmy najedzeni. Przyszedł więc moment, w którym postanowiłem, że sam się o to zatroszczę. Tak więc w zasadzie od przedszkola zacząłem kraść. Na początku było to tylko jedzenie, nic więcej. Z czasem jednak wszystko zaczęło się rozkręcać. Praktycznie każdą możliwą chwilę spędzałem na ulicy otoczony starszymi kolegami, którzy uczyli mnie tego, jak działa brutalne środowisko, w którym przyszło mi żyć. Mijały lata, a ja czułem się coraz bardziej związany z ulicą, w zasadzie nie dopuszczałem do siebie świata innego niż ten, jaki znałem – pełen brutalności, bezwzględności, kłamstwa, przebiegłości i twardych zasad, od których nie było żadnego wyjątku.

Niestety z biegiem czasu piąłem się wyżej w hierarchii. Kradłem już nie tylko jedzenie, ale i elektronikę, ubrania, słowem wszystko, na czym dało się zarobić. Nim się obejrzałem zostałem passerem – sprzedawałem rzeczy skradzione przeze mnie lub innych dobrze mi znanych starszych kolegów z miasta. Nie istniały dla mnie limity, podobnie jak nie istniało dla mnie współczucie, jakakolwiek wrażliwość. Ulica to środowisko zimne, na którym okazanie jakiejkolwiek emocji innej niż gniew, równało się słabości. Nikt nie chce być postrzegany jako słaby, prawda? A Bóg? Był dla nas kimś, kto nawet jeśli jest, to dawno przestał się nami interesować.

W międzyczasie wraz z rodzeństwem trafiliśmy do domu dziecka. Moje postępowanie zmieniło się o tyle, że nie miałem problemu z pomaganiem przy młodszych wychowankach. Interesy i moje uliczne życie dalej kwitły. Do tego stopnia, że zostałem zaangażowany w ściąganie długów, które odbywało się często w bardzo brutalny sposób.

Kilka lat później nastąpił przełom – zostałem adoptowany. Razem z moim młodszym rodzeństwem staliśmy się częścią normalnej rodziny, która chciała pokazać nam, że jesteśmy wartościowi, kochani i potrzebni. Lata życia według zasad ulicy sprawiły jednak, że nie potrafiłem dopuścić do siebie tej myśli. Pewnego dnia wujek zaproponował mi, bym pojechał na rekolekcje oazowe. Z początku dosłownie go wyśmiałem, jakby rzucił dobrym żartem. Po przemyśleniu sprawy zgodziłem się. Nie wiedziałem jeszcze jak bardzo ta decyzja wpłynie na moje życie…

W czasie rekolekcji spotkałem żywego Jezusa. Działającego w ludziach, którzy pokazali mi siłę modlitwy i to, że na świecie jest Ktoś, kto mimo moich lat w ciemności kocha mnie i gotów jest niczym Forrest Gump wrócić po mnie za każdym razem, kiedy poproszę Go o ratunek.

Dziś, choć minęło już pięć lat odkąd idziemy razem przez góry i doliny, modlę się, bym szedł z taką fascynacją jakbym codziennie robił pierwszy krok.

Ten wpis też jest moim krokiem, ku niesieniu Wam radości jaką daje życie z Jezusem.

Do następnego!