Czasami spotykam się z pytaniem, czy, a jeśli tak to gdzie i jak, znalazłam moje miejsce w Kościele. Przyznam się, że bardzo tego pytania nie lubię. Bo sugeruje, że jako kobieta nie jestem integralną częścią Kościoła, ale jakimś nabytkiem. Jak nowy wazon, któremu trzeba znaleźć miejsce na jakiejś półce albo w kredensie. Przez chrzest zostałam włączona w mistyczne ciało Chrystusa, jakim jest Kościół, i jeśli kiedykolwiek nie mogłam w nim sobie znaleźć miejsca, to nie dlatego, że Kościół nie ma pomysłu, co zrobić z wierzącymi kobietami. Jest dla nas oczywiste, że w Kościele jest miejsce dla kobiet konsekrowanych, chociaż o ile nikogo specjalnie nie dziwi zakonnica, o tyle stan konsekrowanych dziewic oraz wdów może wzbudzać konsternację. Ale kobieta świecka, kobieta-żona, kobieta-matka jakby musiała sobie specjalnie szukać miejsca w Kościele. Bo dzielimy nasz świat na dwie części. Na Kościół i to, co poza Kościołem. Na sacrum i profanum. Na modlitwę i życie. Podczas gdy nie ma dwóch osobnych rzeczywistości w życiu katolika. Każda przestrzeń naszej codzienności jest wypełniona Bożą obecnością. Tak samo jak nie można przeżywać wiary tylko podczas fizycznej bytności w kościele, a po wyjściu z niego schować wiarę do kieszeni, tak samo Kościół nie jest tworzony jedynie przez kapłanów i zakony, a my świeccy, nie jesteśmy jakimś dodatkiem.

Tak, Kościół jest miejscem poszukiwania. Przede wszystkim konfrontuje nas z tym, czego tak naprawdę szukamy: Boga czy zaspokojenia własnych oczekiwań? Czy rzeczywiście chcę wzrastać, poznawać Boga, oddawać Mu chwałę, praktykować wiarę we wspólnocie? Czy idę do kościoła z obowiązku, dla tradycji, z chęci wypełnienia przynajmniej części przykazań, aby mieć w miarę spokojne sumienie? Kościół wskazuje także wiele dróg, jakimi są różne duchowości, którymi możemy iść, aby się rozwijać. Jeśli szukanie swojego miejsca w Kościele miałoby oznaczać szukanie swojej drogi duchowości, to jest ono jak najbardziej zasadne, ale bardzo często, żeby nie powiedzieć najczęściej, sprowadza się do zwrócenia uwagi na rzekome umniejszenie roli i wartości kobiety. Kościół daje także przestrzeń do poszukiwania człowieka, który mógłby nam w tej drodze towarzyszyć. Kapłan, spowiednik, kierownik duchowy, siostra zakonna lub brat, animator wspólnoty, osoba posługująca modlitwą wstawienniczą… Kościół jest również miejscem spotkania z żywym Bogiem – w sakramentach, w Słowie, w błogosławieństwie udzielonym przez kapłana, który uobecnia Chrystusa.

I w to wszystko wpisuje się obecność kobiety. Takiej zwyczajnej, z teologicznym wykształceniem lub bez; zakonnicy, singielki, żony, matki, wdowy, kobiety pracującej zawodowo lub tzw. kury domowej. Kobieta nie musi szukać sobie miejsca w Kościele, jest jego częścią bez względu na formę, w jakiej się jej obecność uaktywnia. I wcale kobieta nie jest w Kościele dyskryminowana ani marginalizowana. Inna forma nie oznacza gorszego zadania do wypełnienia. Mądrość Kościoła katolickiego przejawia się właśnie w tym, że nie ulega presji do zrównania kobiety z mężczyzną, ale docenia odrębność powołań i daje przestrzeń do ich realizowania w zgodzie z naszą pierwotną naturą.

Kiedy mężczyzna i kobieta uczestniczą w akcie małżeńskim, który jest z kolei częścią nieustannie trwającego Boskiego aktu stworzenia świata, każde z nich uczestniczy w tym akcie w inny sposób. Mężczyzna jest przestrzenią oddającą, kobieta przyjmującą. Dzięki temu, co różni mężczyznę i kobietę, mogą się uzupełniać i w konsekwencji stworzyć coś nowego z dwóch różnych części siebie. Nie jest to możliwe w przypadku zbliżenia się do siebie dwóch kobiet lub dwóch mężczyzn. Odsuwając na boczny tor całą toczącą się dyskusję nad związkami partnerskimi, nie możemy zaprzeczyć temu, że w zaciszu sypialni, bez ingerowania w naturę, dwie osoby tej samej płci nie są w stanie powołać do istnienia nowego życia. Podobnie role kobiety i mężczyzny w Kościele, choć różne, nie oznaczają, że któraś z nich jest gorsza. Kobieta nie musi przyjmować święceń kapłańskich, aby być docenioną, żeby mieć wpływ na kształtowanie ludzkich serc, czy żeby głosić Ewangelię. Jeśli komuś się wydaje, że kobieta tego nie robi w Kościele, to patrzy na Kościół tak, jak się patrzy na morze z perspektywy plaży – widać ogrom wód i falująca powierzchnię, ale prawdziwe bogactwo oceanu kryje się w głębi, trzeba wejść do wody, trzeba się zanurzyć, aby zobaczyć bogactwo różnorodności (!), która tworzy morski ekosystem.

Najważniejsza w historii Kościoła kobieta – Maryja. Zaledwie siedem jej zdań ewangeliści zapisali na kartach Ewangelii. To Ona nosiła Zbawiciela pod sercem przez dziewięć miesięcy, obdarzyła Go ludzką naturą, przez trzydzieści lat mieszkała z Nim, rozmawiała, przygotowywała posiłki, opiekowała się Nim, gdy zachorował. O czym konkretnie rozmawiali – nie wiemy, ale gdy zaczęła się w Jezusie budzić świadomość Jego pochodzenia i gdy zaczął się krystalizować plan Zbawienia, Ona przy Nim była. I zapewne mogłaby przekazać o Nim więcej, niż Apostołowie. Ale po Jego Zmartwychwstaniu to nie Ona idzie z brawurową misją głoszenia Dobrej Nowiny, nie Ona naucza w Jerozolimie i poza nią, choć była w Wieczerniku i otrzymała Ducha Świętego wraz z Apostołami. I to właśnie Jej tak wiele zawdzięczamy, jeśli chodzi o nasz Kościół! Często zdumiewa mnie, jak mało Maryja jest obecna w tożsamości kościołów protestanckich. I nie chodzi mi o dogmaty, o kult maryjny, uznanie objawień, itd. Chodzi mi o właściwe docenienie roli Maryi w budowaniu Kościoła wtedy, dwa tysiące lat temu. O docenienie wkładu, jaki Ona, jako kobieta, córka, żona, matka i opiekunka rodzącej się wspólnoty chrześcijańskiej, wniosła w budowanie Kościoła. O zachwyt nad jej zwyczajnym życiem, w którym my, kobiety współczesne, możemy się odnaleźć i z którego możemy czerpać wzorce. A to właśnie kościoły protestanckie, odsuwające Maryję w cień lekceważenia, dopuszczają kapłaństwo kobiet i związki partnerskie osób jednej płci. Gdy ktoś pyta mnie, czy jestem za dopuszczeniem kobiet do stanu kapłaństwa w Kościele Katolickim, i słyszy odpowiedź negatywną, często pierwszą reakcją jest oburzenie. Jak to, ja jako kobieta, jestem przeciwko uhonorowaniu roli kobiety w Kościele? Jak to, nie chciałabym, aby kobiety w Kościele miały więcej do powiedzenia, aby miały większy wpływ na Kościół?

Mężczyzna i kobieta zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boga. W Teologii Ciała św. Jan Paweł II tłumaczy, że stwarzając człowieka, Bóg obdarzył mężczyznę męskimi cechami Swojej Istoty, a kobietę cechami żeńskimi. Nosząc więc w sobie Jego obraz, noszę go jako kobieta, i wszelkie próby przeinaczenia mojej pierwotnej tożsamości będą skutkowały wynaturzeniem. Jestem kobietą i dobrze mi z tym. Nie muszę nic nikomu udowadniać, nie muszę się zmieniać wbrew swojej naturze. I mogę nieść Boga innym jako kobieta. W mojej codzienności. W mojej obecności. Przez moją tożsamość. W mojej wierności sobie. W dostrzeganiu mądrości Kościoła hierarchicznego, który trwa na straży porządku ustanowionego przez Boga, błędnie postrzeganego jako niemodny lub nawet krzywdzący.

Jedną z najważniejszych znanych mi osobiście kobiet w Kościele, która wywarła na mnie wpływ, jest siostra zakonna ucząca mnie religii w zerówce oraz dwóch pierwszych klasach szkoły podstawowej. To ona przygotowywała mnie do Pierwszej Komunii. Zapamiętałam ją jako kobietę delikatną, ale wymagającą, czułą, zawsze uśmiechniętą, z poczuciem humoru i jakimś takim przyciągającym ciepłem. Po latach zagubienia i odejścia od Kościoła jej osoba w moich wspomnieniach była cichym wyrzutem sumienia łagodnie zapraszającym mnie do pojednania się z Bogiem. To ziarenko, które ponad dwadzieścia lat wcześniej zasiała w moim sercu przez swoją zakonną posługę, w końcu wykiełkowało. Nie zrobiła tego w konfesjonale ani z ambony, zrobiła to na drodze innej, ale nie gorszej, drogi ewangelizacji. Bóg dał jej inne predyspozycje i inne narzędzia, ale wcale nie gorsze i nie mniej skuteczne.

Kobieta od samego początku ma swoje mocno ugruntowane miejsce w Kościele. I jest to dobre miejsce. Kościół nie stawia kobiety za filarem w jakimś ciemnym rogu świątyni. Kościół nie musi udowadniać światu przez wymuszone dopuszczenie kobiet do stanu kapłaństwa, że kobiety ceni i że pełnią one w życiu wspólnoty Kościoła ważną rolę. To wszystko zrobił Chrystus, przychodząc na świat przez Swoją Matkę, oddając Jej trzydzieści lat swojego ziemskiego życia, wysłuchując Jej prośby w Kanie Galilejskiej i czyniąc pierwszy cud, a następnie powierzając Jej ze Swego Krzyża cały świat w opiekę. Jeśli ktoś jeszcze zastanawia się, jakie jest miejsce kobiety w Kościele, powinien przyjrzeć się ogromnemu szacunkowi, jakim Jezus darzył kobiety, począwszy od Swojej świętej Matki, a skończywszy na kobietach głęboko uwikłanych w grzech, których serca nawracał…