Męka i śmierć Jezusa Chrystusa wydają się być wielką tajemnicą wiary – i rzeczywiście nią jest. Nikt o zdrowych zmysłach nie mógłby stwierdzić, że to, czego dokonuje Jezus jest czymś normalnym. Jego decyzja o pozwoleniu na przybicie się do krzyża w normalnych warunkach jest czymś skandalicznym – zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan (1 Kor, 22). Dlaczego tak jest? Odpowiedź jest oczywista – Jezus na krzyżu pokazuje czym jest miłość. A miłość, gdy jest prawdziwa, nigdy nie jest normalna, zrozumiała i logiczna. Jest ogromnym ryzykiem, nawet jeśli ma oznaczać całkowite odrzucenie.

 

Boski pedagog

Żeby spojrzeć na mękę szerzej, warto pochylić się nad tym, jak Jezus przygotowuje uczniów do „Wielkiego Tygodnia”. W Ewangelii Marka (Mk 8,31-33; Mk 9, 30-37; Mk 10, 32-35) mamy trzy sytuacje, gdy Jezus mówi wprost o tym, co go czeka. Okazuje się, że uczniowie, którzy chodzili z nim od kilku lat, widzieli swego mistrza w chwale, gdy głosił Królestwo, czynił cuda, uzdrawiał chorych, widzieli to wszystko na własne oczy i słuchali Jego słów (także gdy tłumaczył im niektóre sprawy „na boku”), nie zrozumieli NICZEGO. Wciąż żyją w matni swoich planów na zbawienie świata – najlepiej, żeby mieli jak najwyższe stanowiska w boskim „parlamencie”. Żyją swoim obrazem Mesjasza, nie tym który proponuje Jezus – wzgardzonym i odrzuconym przez wszystkich. Również ich samych. Zadziwia tu pedagogika Jezusa, który choć wie, jaką kadrą dysponuje, cierpliwie wyjaśnia, naucza i wychowuje. Zostają zawstydzeni przez Marię z Betanii (Mk 14, 3-9), która wylewając drogocenny olejek na nogi Jezusa pokazuje, że zrozumiała logikę działania Jezusa jako daru z siebie samego.

Ostatnim etapem przygotowania jest Ostatnia Wieczerza, która jest ucztą miłości. Słowa gorąco pragnąłem spożyć Paschę z wami (Łk 22,15) pokazują odwieczne pragnienie Boga, który stworzył człowieka na swoje podobieństwo, a teraz, gdy nadchodzi godzina upragniona chce nam dać siebie cały i oddać w nasze ręce. Jezus, który zajmuje przy stole pańskim miejsce ojca rodziny, właśnie w imieniu Ojca przewodniczy tej celebracji. Świadczy o tym także opisany u Jana gest obmycia uczniom nóg. (J 13,1-15)

 

Bądź wola Twoja

Mękę rozpoczyna ogrójec. Św. Ignacy w swoich Ćwiczeniach Duchownych będzie rozmyślał nad męką Jezusa pod trzema kątami – jak Jezus cierpi jako człowiek (ból fizyczny), jak ukrywa się Jego bóstwo i nie używa go, by zemścić się na człowieku za okazana mu niewdzięczność; wreszcie że to wszystko Jezus cierpi za MOJE GRZECHY, bo inaczej ten grzech by nas zabił. Jezus tym samym wyciąga nas z piekła, bo każdy grzech ciężki umieszcza nas w piekle.

W ogrójcu rozpoczyna się próba i osamotnienie Jezusa. Ścierają się siły ludzkie i pragnienie wypełnienia woli Ojca do końca. Modlitwa Ojcze, oddal ode mnie ten kielich ukazuje jak Jezus jest bliski nam w naszych próbach i jak utożsamia się z naszą ludzką słabością. Jezusowe „bądź wola Twoja” jest przeciwstawione „bądź wola moja”, którego przykładem są apostołowie – Judasz i Piotr (Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie).

Przejmująca jest scena, gdy Jezus staje przed Wysoką Radą – oto staje przed swoimi braćmi, którzy jako znawcy Prawa jako pierwsi powinni dostrzec w Nim Króla Przedwiecznego, Emmanuela, który przychodzi odkupić Izraela. Proces wedle prawa jest nielegalny, skorumpowany sąd szuka fałszywego świadectwa, lecz nic nie znaleźli, by Go oskarżyć. Gdy Jezus objawia, kim jest, faryzeusze wykorzystują to przeciw Niemu – Ten-Który-Jest przychodzi do swoich, a Ci go nie przyjmują. Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło (Iż 9,1) – perfidia każe człowiekowi jednak użyć własności Bożej przeciw Niemu samemu. A tym samym przeciwko sobie. Jezus jednak niczym kozioł ofiarny zbiera na sobie agresję całego Narodu, a więc i całego świata. Jest cierpliwy i pełen miłości. Pobrzmiewają słowa z Ewangelii Mateusza: uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem (Mt 11,29).

 

Zdrada Piotra

Trudno zachowanie Judasza nazwać zdradą. Dlaczego? Bo nie może zdradzić ten, który nie kocha. Ewangelie nie odnotowują ani razu żadnej rozmowy Jezusa z Judaszem, zaś sam uczeń nigdy nie zwraca się do Jezusa Kyrios (Panie), a zawsze rabbi (Mistrzu). Oznacza to, że nie ma tu mowy o jakiejkolwiek relacji. Inaczej jest z Piotrem. Choć z Jezusem łączyła go mocna więź, nie potrafi on podołać sytuacji i musi przejść oczyszczenie przez Krzyż, by potem być zwierzchnikiem Kościoła.

Gdy mówi Nie znam Go, paradoksem jest to, że mówi prawdę! Dopiero teraz dostrzega to, czego wcześniej nie widział, a co Jezus próbował mu powiedzieć. Kiedy mówi Nie jestem również nie kłamie – tylko Bóg jest Tym, który JEST i bez Niego tak naprawdę nie żyjemy – „nie jesteśmy”. Człowieku, nie wiem co mówisz – pojawia się tu pokusa zrównania żywej wiary z ideologią. Nie jest ważne CZY wierzę (bo i złe duchy wierzą i drżą), ale JAK wierzę. Piotr naprawdę nic już nie wie, traci zupełnie kontrolę.

Najjaśniejszym momentem męki Jezusa wydaje się być moment, gdy Piotr spotyka się wzrokiem ze Zbawicielem. Tak naprawdę znów – podobnie jak w raju – to Bóg przejmuje inicjatywę i szuka swojego zagubionego stworzenia. Gdy ewangelista odnotowuje, że Piotr wyszedł na zewnątrz i gorzko zapłakał, dokonuje się jego nawrócenie – Jezus niczym Mojżesz uderzający laską w Skałę wydobywa z niej wodę – symbol życia.

Cierpienie po Bożemu

Biczowanie, ukoronowanie cierniem, ciągłe wyzwiska i opluwanie. Każdy, kto choć raz oglądał film Pasja Mela Gibsona, ma świadomość ogromu cierpienia Jezusa. Między jednym uderzeniem bicza a drugim przewija się kilka scen i postaci. Piłat, w którym żądza władzy i uznania bierze górę nad zwykłą sprawiedliwością. Może on być obrazem nas, gdy Bóg cierpi z powodu naszego kombinowania i podważania Jego boskiej mocy.

Jest tez Szymon z Cyreny, który choć ma już żonę, dzieci i pole, Bóg wkracza w Jego życie z propozycją zmiany planów (jak to zrobił w życia Abrahama, Maryi czy apostołów) i zaprasza go do niesienia krzyża. Z czasem Jego przymus zmienia się w szczery dar z siebie.

Temu, kto był skazany na śmierć, nie przysługiwały nawet powszechne w tych czasach płaczki, które opłakiwałyby jego śmierć. W płaczących niewiastach można więc dostrzec wielką odwagę, jednak ten płacz nie jest płaczem Piotra, który dotyka serca i wydaje życie – jest raczej życzliwym gestem, bardzo powierzchownym. Jezus więc zdaje się mówić – zgódź się na śmierć, a Ja dam Ci Życie.

 

Historia bez happy endu?

Męka Jezusa bez Zmartwychwstania jest nic nie znaczącą jatką – A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. Okazuje się bowiem, żeśmy byli fałszywymi świadkami Boga, skoro umarli nie zmartwychwstają, przeciwko Bogu świadczyliśmy, że z martwych wskrzesił Chrystusa (1 Kor 15,14). Całość tych zdarzeń dopiero wtedy ma sens, gdy ujrzymy w nich ostateczne zwycięstwo Boga nad śmiercią. W tym celu warto pochylić nad Ewangelią św. Jana (rozdziały 18-19) i właśnie w ten sposób ją przeczytać.

W czasie pojmania w ogrójcu, gdy Jezus mówi Ja Jestem, ostatecznie wszystko pada mu do stóp i składa hołd – bo stworzenie nawet podświadomie tęskni za Stwórcą.

Przed Sanhedrynem Jezus, choć sam jest sądzony, panuje nad sytuacją. A że Bóg stworzył nas „na Jezusa” – my też potrafimy tacy być. Przykładem będzie Piotr, który choć zdradza, później sam odda życie podobnie jak jego Pan.

Sąd przed Piłatem – tylko kto tu kogo sądzi? Nad Jezusem nie dokonuje się sąd, ale ogłoszenie Go Królem wszechświata! – nawet przez poganina.

Krzyż jawi się jako tron królewski, a napis nad krzyżem to potwierdza. Podobnie jak na miedzianego węża na pustyni każdy, kto skieruje wzrok na krzyż Chrystusa, ma prawdziwe życie.