Wiele lat zajęło mi odnalezienie drogi do prawdziwego szczęścia. Zwykle lokowałem je tam, gdzie ono było, ale niestety tylko tymczasowo. Taka umowa o dzieło, która ma swój początek i koniec. Bez etatu i bez stałości, która utwierdza cię w tym że, to jednak to. Nie mam tu na myśli głupkowatego uhahania z tego czy innego powodu. Chodzi o stan, w który człowiek wchodzi i w nim jest, zdając sobie sprawę z tego, że nic już nie będzie takie samo.

Mel Gibson włożył w usta Williama Wallece’a takie słowa: „Każdy umiera, ale nie każdy tak naprawdę żyje”. Cytat oczywiście z legendarnego „Braveheart”. Jedno zdanie, które łapie w kilku słowach sens życia. Możesz żyć, ale być martwy, bez szczęścia, bez nadziei, bez perspektywy. Możesz zapychać się chwilowymi sukcesami, które po pięciu minutach stają się jałowe i wzmagają jedynie pożądanie. A żyć, to nie znaczy cisnąć się na kolejne rekordy. Nie musi być więcej, szybciej czy lepiej. Czasami może być do d…y i trzeba sobie na to pozwolić. Odbić się od tego i żyć. Żyć i odnaleźć sens swojej drogi. Odpowiedzieć sobie na pytanie: Po co ja na tym świecie jestem? Po co codziennie rano wstaję? Dla pracy? Dla pieniędzy? Przyjdzie w życiu chwila, kiedy nawet pieniądze nie pomogą. A jak mawiał Bob Marley: „niektórzy ludzie są tak biedni, że jedyne co mają to pieniądze”.

Mam rodzinę, którą kocham. Mam Kościół, w którym żyję. Mam Boga, którego się trzymam. Choć czasami nie rozumiem, to ufam Mu, że to wszystko ma sens większy od tego, jaki mogę sobie wyobrazić. Nie wierzyłem, że będę miał rodzinę. Żonę, która kocham, syna, który każdego dnia pokazuje mi, że szczęście nie potrzebuje milionów na koncie. Jeden uśmiech sprawia, że zapominasz o tym co złe i widzisz że sens jest w miłości. W tym, że żyję… tak po prostu.

Wpadł mi w ręce fragment wywiadu, który zainspirował mnie do napisania tego, co właśnie przeczytałeś. Daj sobie kilkadziesiąt sekund na obejrzenie go. Proste i w sedno 🙂