Mógłbym napisać, że wychowałem się na serii filmów o Rockym Balboa. Każdą część oglądałem przynajmniej kilkadziesiąt razy. Utworów ze ścieżki dźwiękowej uczyłem się na pamięć, mimo że mój angielski ograniczał się do „yes” i „no”. Włoski ogier był ucieleśnieniem marzeń. Amerykański sen, który podziwiałem na zdartym VHS-ie w rodzinnym domu, co jakiś czas podnosząc szczękę z podłogi. Dzisiaj dostrzegam w tym filmie coś innego. Inne detale, które tak mocno splatają mi się z postacią Jakuba, syna Izaaka.

Nie będę opisywał historii Jakuba, bo to nie czas i miejsce na to. To skomplikowana postać i historia, zwłaszcza gdy spojrzymy na jego relacje z bratem Ezawem. Skupię się na jednym fragmencie z życia Jakuba:

Gdy zaś wrócił i został sam jeden, ktoś zmagał się z nim aż do wschodu jutrzenki, a widząc, że nie może go pokonać, dotknął jego stawu biodrowego i wywichnął Jakubowi ten staw podczas zmagania się z nim. A wreszcie rzekł: «Puść mnie, bo już wschodzi zorza!» Jakub odpowiedział: «Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!» Wtedy [tamten] go zapytał: «Jakie masz imię?» On zaś rzekł: «Jakub». Powiedział: «Odtąd nie będziesz się zwał Jakub, lecz Izrael, bo walczyłeś z Bogiem i z ludźmi, i zwyciężyłeś».” (Rdz 32, 25-29)

Jakub jest śmiertelnie przerażony, tym że jutro zginie z rąk swojego brata Ezawa. Boi się o rodzinę, boi się o to co przyniesie kolejny dzień. Idzie w noc, idzie w całonocną walkę z Bogiem. Nie na zasadzie „Panie Boże, a może mógłbyś, jeśli zechciałbyś, no wiesz, załatwić tą i tamtą sprawę”. To regularna bitwa, z którą wiąże się cierpienie. Być albo nie być. Jakub wie, że wyczerpał już wszystkie swoje możliwości, ale wie też, kto może rozwiązać problem, którego on rozwiązać nie może. Wie, kto może go uratować. To Bóg. Bóg, z którym staje do walki o życie swoje i swojej rodziny. Nie dopuszcza do siebie możliwości porażki – „nie puszczę Cię, dopóki mi nie pobłogosławisz”. Nie ma innej opcji. Walka, walka i jeszcze raz walka. Upadek, powstanie, upadek, powstanie i tak aż do skutku.

            Jak bardzo myślałem o tym fragmencie Pisma Świętego w czasie mojej ostatniej sesji filmowej z Rockym Balboa. Dlatego, że w upadku nie ma nic złego. Upadek jest tylko drogą do celu. Przeszkodą, która i tak zostanie pokonana. Podniosę się, choćby ciało odmawiało posłuszeństwa. Podniosę się, choćby dusza i serce „pękały na pół”. Podniosę się, bo mogę to zrobić. Dlatego, że mam Boga, który może to zrobić. Nie będę słuchał tych, którzy mówią, że to nie ma sensu, że to niemożliwe. Dla Boga wszystko jest możliwe.

To w sumie tyle w temacie Jakuba i Rockyego. Myślę że warto poświęcić krótką chwilę na obejrzenie fragmentu poniżej, a dłuższą chwilę na lekturę Księgi Rodzaju (rozdział 32).