W pewnej wiejskiej parafii, parafianie zamówili mszę w intencji tego, aby spadł deszcz. Od wielu tygodni panowała tam niemiłosierna spiekota. Proboszcz przyjął intencje. Na msze zeszła się prawie cała wieś. Proboszcz wyszedł i na samym początku eucharystii powiedział, tak:
– Deszczu nie będzie.
Wszystkich ogarnęła konsternacja, no bo jak to? Msza zamówiona a tu takie rzeczy. Wybuchł ogólny zamęt, aż ktoś z tłumu odezwał się na głos:
– Jak to nie będzie deszczu? Skąd ksiądz wie?! – grzmiał oburzony.
– Nie będzie deszczu, bo nikt z was nie wziął ze sobą parasola.

Koniec historyjki, która zasłyszana na rekolekcjach, ładnie pokazuje przestrzeń wiary. Wierzę, w to że Bóg może zrobić to, o co go proszę? Gdy staję w sytuacji bez wyjścia, w której jedynym rozwiązaniem jest On, to mówię mu „tak”, czy jednak mówię „nie”? A co jeśli to jakaś abstrakcyjna sytuacja, która logicznie nie daje nadziei na rozwiązanie? Ufam czy nie? Wierzę czy nie? Czy Mojżesz, stając przed Morzem Czerwonym, tak z marszu miał w sobie wiarę, w to że Bóg go uratuje? Przed nim bezkresne morze, za nim rydwany faraona. Sytuacja bez wyjścia. Pomyślał o tym, że rozstąpi się przed nim morze? Tak po prostu wieczorem wyciągnął rękę i wiedział, że przez noc wiatry rozstąpią mu morze?

„Pan rzekł do Mojżesza: «Czemu głośno wołasz do Mnie? Powiedz Izraelitom, niech ruszają w drogę. Ty zaś podnieś swą laskę i wyciągnij rękę nad morze i rozdziel je na dwoje, a wejdą Izraelici w środek na suchą ziemię. Ja natomiast uczynię upartymi serca Egipcjan, że pójdą za nimi. Wtedy okażę moją potęgę wobec faraona, całego wojska jego, rydwanów i wszystkich jego jeźdźców. A gdy okażę moją potęgę wobec faraona, jego rydwanów i jeźdźców, wtedy poznają Egipcjanie, że ja jestem Pan».” (Wyj 14, 15-18)

„Mojżesz wyciągnął rękę nad morze, a Pan cofnął wody gwałtownym wiatrem wschodnim, który wiał przez całą noc, i uczynił morze suchą ziemią. Wody się rozstąpiły,…” (Wyj 14, 21)

 

„Czemu głośno wołasz do mnie?” Czy to wołanie rozpaczy Mojżesza? Desperacka prośba ratunku wykrzyczana w stronę Boga? Jeśli tak, to szczera do bólu. Wykrzyczana całym sobą z wiarą, z pasją i zaangażowaniem całego swojego jestestwa. Czy ja tak potrafię?

Wiary mi trzeba. Wiary w chwili, gdy jestem między młotem a kowadłem. Gdy nie widzę racjonalnej drogi. Gdy nie mam się już po ludzku czego złapać. Chcę chwycić się Jego, bo On może. Może rozwiązać to, czego ja rozwiązać nie jestem w stanie. Być może rozwiązaniem nie mieszczącym się w głowie tak jak w przypadku Mojżesza. Wierzę w to?

 

Wierzysz w to?