Łatwo mi pisać o tym, co mnie otacza, o rzeczywistości, która dotyka mnie w małym stopniu. Mam wtedy dużo do powiedzenia, a raczej napisania. Przychodzi jednak taki moment, kiedy musisz zmierzyć się z napisaniem czegoś, co wiesz, że przewala ci wnętrzności i nie ma w tym żadnej dzikiej przyjemności. To trudne, ale trzeba. To trochę jak z daniem „świadectwa” wiary. Możesz się wstydzić i uważać, że to, co masz do powiedzenia, jest głupie, ale serce tak ci wali, że jak tego nie powiesz, to będzie musiała przyjechać po ciebie karetka.

Do rzeczy.

Jestem na tym świecie od 32 lat. Gdy miałem 11 lat, wydarzyło się coś, co całkowicie zmieniło moje nastawienie do świata. Otóż gdy wieczorem kładłem się spać, a spałem z rodzicami w jednym pokoju, wszyscy byli radośni i szczęśliwi. Rano obudził mnie krzyk mamy, która próbowała obudzić tatę. Zerwałem się z łóżka i zobaczyłem całkowicie siną i nieruchomą twarz najważniejszej osoby w moim życiu. Płacz oraz próby reanimacji sąsiada, który przybiegł, gdy usłyszał krzyki, nic nie dały. Patrzyłem jak w transie w łóżko, które stało pięć metrów ode mnie, a na nim leżał mój tata… martwy (w nocy miał zawał). Umarł w ciszy tuż obok mnie.

Eh…. w głowie jedno pytanie – DLACZEGO?

Do kogo skierowane? Do Boga.

Nie potrafiłem zrozumieć, jak Bóg, który jest wszechmogący, może zabrać dziecku ojca w chwili, gdy najbardziej go potrzebuje. No jak? Co to za Bóg?! Miłosierny? Kochający? Nie widzę w tym miłosierdzia ani miłości.

Przez 13 lat zadawałem pytanie – dlaczego? Szukałem odpowiedzi. Znajdowali się tacy, którzy próbowali tłumaczyć. Po co? Co tu tłumaczyć? Że tak miało być? Litości. Szybko spławiałem wszystkich, którzy podejmowali próby.

Nie znalazłem odpowiedzi. Straciłem mnóstwo czasu na bezsensowną walkę z Bogiem, gniewem, a najbardziej chyba z samym sobą. Bóg nie przyszedł i nie wytłumaczył mi tego. Nic. Nieznośna trzynastoletnia cisza. Po 13 latach dostałem za to słowo Psalmu 90 – „Panie naucz nas liczyć dni nasze, byśmy zdobyli mądrość serca”. I to słowo zaczęło drążyć skałę. Nie dawało mi spokoju. Trafiłem na kurs ewangelizacyjny i zrozumiałem że tak naprawdę to mam wybór:

1.      Żyję tak jak do tej pory, obrażony na cały świat, oczywiście najbardziej na Boga.
2.      Dziękuję za czas, który mogłem spędzić z tatą i żyję z Bogiem na co dzień.

Decyzja nie była łatwa, ale wybrałem opcję numer 2. Nie, nie było czarodziejskiej różdżki, dzięki której zapomniałem o wszystkim bądź pogodziłem się i stałem się momentalnie innym człowiekiem. Kontakt ze Słowem Bożym, wspólnota i mozolne wychodzenie z egzystencjalnego szamba, szukanie relacji z Bogiem poprzez Słowo, systematycznie prostowały co trzeba. Dziś jestem szczęśliwym mężem, od niedawna ojcem i trochę nieznośnym dzieckiem… Boga.

Nie wiem czy masz w swoim życiu doświadczenie śmierci. Jeśli tak, to może to, co napiszę, pomoże Ci.

Bóg do dziś nie dał mi odpowiedzi, dlaczego umarł mój tata. Zrobił za to coś innego. Pozwolił mi przez tą śmierć przejść, przeżyć ją i pójść dalej. To tylko dzięki Niemu mogłem podziękować za czas spędzony z tatą i podjąć taką a nie inną decyzję. A że trwało to 13 lat… cóż, mogło trwać zdecydowanie dłużej.

Głowa do góry!

Na koniec chcę ci polecić wysłuchanie artysty, bo to jest artysta, który towarzyszy mi muzycznie przez kawał życia. Wsłuchaj się.