Aleksander Fredro powiedział kiedyś coś takiego: Nim się odezwiesz, pomyśl pierwej nieco, bo często słowa jakby z worka lecą. I ma rację. Dzisiaj uszy i oczy bolą od hejtu. Proporcja między złymi a dobrymi wiadomościami jest przerażająca. Dużo łatwiej krytykować, niż pochwalić. Nie ważne dlaczego, ważne żeby komuś dobrze dojechać. A czasami i bez powodu, tak dla zasady.

Gdyby ktoś wymyślił lekarstwo na hejt, dzisiaj byłby bardzo popularnym człowiekiem. Czy byłaby to dobra czy zła sława? W końcu ilu hejterów chciałoby pozbyć się swojego ulubionego zajęcia, które polega na wylewaniu pomyj na innych? Wielu? Nie sądzę.

Przestaliśmy ważyć słowa. Zagadujemy się, często nie patrząc na to, co mają do powiedzenia inni. Treść ustępuje miejsca pokazywaniu siebie, tego co ja myślę i dlaczego takie myślenie powinno być myśleniem innych. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ zupełnie nieświadomie zaaplikowałem sobie lekarstwo na hejt, choć nie jestem hejterem.

To film. Film pt. The Letter Writer. Nie mam pojęcia czemu go włączyłem. Ani szybkiej akcji, ani sportu, a co gorsza bez choćby kropli fantasy. Ktoś polecił, zaufałem… i włączyłem. Każdy powinien to obejrzeć bez względu na to, czy jest chrześcijaninem, prawosławnym, protestantem, czy też niewierzącym. Równo z napisami końcowymi człowiek ma ochotę wstać, wyjść na ulicę i powiedzieć coś dobrego pierwszej napotkanej osobie. Serio.

Listopisarz jest o tym, że ludzie są dobrzy, choć czasami skutecznie to ukrywają. O tym, że każdy z nas ma talent, który wymaga odkrycia i dania mu szansy. Jest o nadziei, którą każdy z nas może puścić w obieg i zmienić, choć na chwilę, świat drugiego człowieka.

Można uogólniać i mówić, że „świat jest zły”, ale nie można zapomnieć, że jest pełen dobrych ludzi. Takich, którzy widzą najpierw dobro zamiast zła. Takich, którzy dostrzegą w drugim coś dobrego. W końcu takich, którzy chcą budować mosty, a nie stawiać mury.